Gniew w drugą stronę również zaistniał, błysnął na twarzy Morpheusa, jak iskry z ogniska. Longbottomów tak ciągnęło do wody, ponieważ stworzeni byli z ognia. Chociaż zrozumiał, że przesadził, to zabolało, że znów ktoś pomyślał, że będzie paplał o czymś ważnym na głos w otoczeniu osób postronnych, nawet jeżeli to byli przyjaciele. Nie dbał o zdanie Neila, który teraz go głównie frustrował, ale Anthony? Właśnie po tym Longbottom wiedział, że przesadził. Spojrzał w bok, na ogromną, płytką, prostokątną sadzawkę, która odbijała swoim gładkim lustrem wieczorne niebo.
Przejdź przez lustro.
Zagryzł wnętrze policzka. Podbiegł do reszty przyjaciół, nieświętej trojcy. Nie bardzo rozumiał koncepcje związane z chrześcijaństwem, ale potrzebował żydowskiej kabały i podstawowej wiedzy o religiach bliskiego wschodu do interpretacji dogłębnej kart tarota. Był naukowcem, nie szarlatanem z cyrku czy cygańskiego taboru.
— Namaszczę cię olejem rytualnym, jak masz ochotę nawet — zapowiedział Jonathanowi, chociaż w nieco przygaszony sposób. Dotknął odruchowo czasozmieniacza.
— Antoniuszu. Antoniuszu... — zawołał i złapał za dłoń. — Wybacz mi. Przesadziłem.
Jaka długa droga była za Morpheusem, któremu niegdyś słowa skruchy nigdy by nie przeszły przez gardło, nie w towarzystwie innych. Przy nich jednak, nawet jeśli to było trudne, umiał przyznać się do błędu.