Nikt normalnie nie wysławiał się w taki sposób, jak Morpheus. Zbyt złożone zdania, zbyt długie metafory, jakby sam z siebie był konstruktem, który musi wybrzmieć, nie człowiekiem. Pojawił się jednak alkohol, melancholia i upał, a także zmęczenie. Odległością od Anglii, podszyte przerażeniem, że gdy wróci po tych trzech dniach, znów kogoś zabraknie przy stole, a także trzecie oko, nadwyrężone ciągłym napływem intencji, zmiennych w równaniach wszechświata, w nieskończoności skrzydeł motyli, wywołujących sztorm.
Wino płynęło, w kubeczkach i do gardła, rozczulając całego Morpheusa. Mglistość nadchodziła, spodziewał się, że szybko obejmą go ramiona zapomnienia. Nie miał umiaru w sobie tego wieczoru, nie do trunków i głosu, który tak miękko wymawiał jego imię.
— Moje życie było huraganem, odkąd skończyłem piąty rok życia, dlaczego miałbym się bać burzy? To nie ognia boję się najbardziej, lecz momentu, gdy go zabraknie.
Głos Morpheusa zniżał się coraz bardziej do szeptu, jakby mężczyzna ukrywał kolejne słowa pośród ziarenek piasku.
— Nie na wszystko istnieje substytut, czasami nie warto szukać. Są rzeczy, które wymykają się metaforze. Tak jest ze mną i cukrem. Wolę od czasu do czasu zjeść coś, co jest prawdziwe niż żyć w permanentnym nieszczęściu zamiennika. Niektórzy myślą, że można miłość zastąpić namiętnością, ale to tak nie działa — mówił z doświadczenia. Jego pragnienia krążyły dookoła faktu, że chciałby ją zabrać do swojego pokoju i warstwa po warstwie, zdjąć wszystkie warstwy jej wstydu i niepewności, zostawiając pod swoim wzrokiem i dotykiem tylko rozdygotaną przyjemność i spełnienie, które niczego nie wymaga, ponad rozluźnienie ramion. W swojej żarłoczności chciał słyszeć jak zmienia się rytm jej oddechu i jak powtarza jego imię. Powstrzymywało go pewne przeświadczenie, że to nie to imię powinno brzmieć w jej ustach, nie jego dłonie jej dotykać. Coś pomiędzy przeświadczeniem wróżbity i poczuciem, że nie wszystko powinien niszczyć swoim głodem, nie w każdego zatapiać swoje zęby.
Sięgnął do koszyka i wyjął z niego brzoskwinię. Wgryzł się w nią, zamiast w coś innego, czując jak meszek, tak bardzo podobny do skóry, rozpada się pod jego zębami, odkrywając soczyste wnętrze.
Gdy myślał o niej, widział mocno jej rezerwę. Nie niechęć, ale pewną ostrożność. Nie chciała go, więc on nie szukał pocieszenia dla dziury w swoim sercu. W końcu tego nie dało się zastąpić żadną fizyczną przyjemnością. Starzał się i zagłębiał w mroczne i zakurzone części swojej głowy.
— Ależ jesteśmy rozkoszni. Tacy pozytywni.
Rozmawiali jeszcze trochę później, sącząc wino, aż zabrakło i alkoholu i nocy.