03.06.2024, 20:04 ✶
– Pijani pacjenci są chyba jednak gorsi – stwierdziła Florence, bo ostatecznie ci upierający się, że nic im nie jest, bardzo Bulstrode irytowali, ale zwykle robili krzywdę głównie sobie. Za to pijani nie tylko nie współpracowali, ale bywali też agresywni i przeszkadzali zarówno uzdrowicielom, jak i innym pacjentom.
– Też zauważyłeś, że zdaje się mieć dziwne upodobanie do takich przypadków? – spytała, obrzucając Basiliusa bacznym spojrzeniem znad swojego talerza z sałatką i kubka wina jagodowego. – Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie pisze pracy naukowej na ten temat.
Nie mogła go potępiać. Ją ostatnio pochłaniały sprawa Zimnych oraz klątwy żywiołów, dlaczego więc ktoś nie mógłby szukać najskuteczniejszych i najszybszych sposobów na leczenie wywołanego magią i innymi substancjami gnicia? Wydawało się to Florence może odrobinę dziwne, ale uzdrowiciele mieli przeróżne specjalizacje.
Bulstrode też martwiła się tym jarmarkiem. Organizowano go w magicznym Londynie, bezpieczeństwo w teorii powinno więc być o wiele lepsze, ale jednocześnie drobny incydent wystarczyłby, aby wzbudzić panikę i ludzie zaczęli się tratować. Jednak… myśląc o tym świecie żniw Florence miała niedobre przeczucie, że być może to ostatnie takie Lammas: że już wkrótce sabaty nie będą organizowane, bo walka, która w Beltane zamieniła się w wojnę, eskaluje.
Dźgnęła groszek z niepasującą dla niej zaciekłością. Florence miała spokojną naturę, ale naprawdę ciężko było nie martwić się, gdy w kraju i w rodzinie działy się takie rzeczy.
– Oczywiście, Basiliusie. Kłamstwo nigdy nie skalało twoich ust, nigdy nie dotknąłeś kart i zawsze stosowałeś się do wszystkich zaleceń uzdrowicieli względem ciebie – zapewniła, a potem sięgnęła po różdżkę i skierowała ją na kukurydzę.
Smażona kukurydza z masłem była bez wątpienia bardzo smaczna, ale jedzenie tej było nieco… problematyczne. Dla kogoś takiego jak Florence trzymanie kolby w ręku i obgryzanie jej było po prostu nazbyt irytujące. Dłonie mogła brudzić sobie jedynie w pracy. Dlatego teraz za pomocą translokacji odrywała od kolby kolejne ziarna i lewitowała na swój talerz. Zdaniem braci z pewnością właśnie odbierałaby sobie połowę zabawy, ale ich tutaj nie było.
– Zdejmowałam z niego kiedyś klątwę. Już wtedy wydał mi się… niezbyt lotny – powiedziała. Florence miewała skłonności do oceniania ludzi nazbyt surowo, więc te słowa nie były zaskoczeniem w jej ustach, za to kolejne już owszem, zwłaszcza że spojrzenie jej stwardniało. – Obecnie uważam go za wroga swojego i naszej rodziny. Nie mogę się wdawać w szczegóły, ale to dobrze, że go nie znasz.
Bo skoro spotykał się z Laurentem i kręcił wokół Pandory, Florence nie była pewna, czy i reszta rodziny nie ma z nim czegoś wspólnego.
– Też zauważyłeś, że zdaje się mieć dziwne upodobanie do takich przypadków? – spytała, obrzucając Basiliusa bacznym spojrzeniem znad swojego talerza z sałatką i kubka wina jagodowego. – Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie pisze pracy naukowej na ten temat.
Nie mogła go potępiać. Ją ostatnio pochłaniały sprawa Zimnych oraz klątwy żywiołów, dlaczego więc ktoś nie mógłby szukać najskuteczniejszych i najszybszych sposobów na leczenie wywołanego magią i innymi substancjami gnicia? Wydawało się to Florence może odrobinę dziwne, ale uzdrowiciele mieli przeróżne specjalizacje.
Bulstrode też martwiła się tym jarmarkiem. Organizowano go w magicznym Londynie, bezpieczeństwo w teorii powinno więc być o wiele lepsze, ale jednocześnie drobny incydent wystarczyłby, aby wzbudzić panikę i ludzie zaczęli się tratować. Jednak… myśląc o tym świecie żniw Florence miała niedobre przeczucie, że być może to ostatnie takie Lammas: że już wkrótce sabaty nie będą organizowane, bo walka, która w Beltane zamieniła się w wojnę, eskaluje.
Dźgnęła groszek z niepasującą dla niej zaciekłością. Florence miała spokojną naturę, ale naprawdę ciężko było nie martwić się, gdy w kraju i w rodzinie działy się takie rzeczy.
– Oczywiście, Basiliusie. Kłamstwo nigdy nie skalało twoich ust, nigdy nie dotknąłeś kart i zawsze stosowałeś się do wszystkich zaleceń uzdrowicieli względem ciebie – zapewniła, a potem sięgnęła po różdżkę i skierowała ją na kukurydzę.
Smażona kukurydza z masłem była bez wątpienia bardzo smaczna, ale jedzenie tej było nieco… problematyczne. Dla kogoś takiego jak Florence trzymanie kolby w ręku i obgryzanie jej było po prostu nazbyt irytujące. Dłonie mogła brudzić sobie jedynie w pracy. Dlatego teraz za pomocą translokacji odrywała od kolby kolejne ziarna i lewitowała na swój talerz. Zdaniem braci z pewnością właśnie odbierałaby sobie połowę zabawy, ale ich tutaj nie było.
– Zdejmowałam z niego kiedyś klątwę. Już wtedy wydał mi się… niezbyt lotny – powiedziała. Florence miewała skłonności do oceniania ludzi nazbyt surowo, więc te słowa nie były zaskoczeniem w jej ustach, za to kolejne już owszem, zwłaszcza że spojrzenie jej stwardniało. – Obecnie uważam go za wroga swojego i naszej rodziny. Nie mogę się wdawać w szczegóły, ale to dobrze, że go nie znasz.
Bo skoro spotykał się z Laurentem i kręcił wokół Pandory, Florence nie była pewna, czy i reszta rodziny nie ma z nim czegoś wspólnego.