29.12.2022, 19:50 ✶
Czerń dawała aż nadto metafor i możliwości. Można się w niej było zgubić, odnaleźć, a nawet w nią wtopić. Może najlepszym wyjściem była właśnie ta ostatnia opcja? Fergusowi powinno być przykro, że poskąpił jej Saurielowi, wpadając na niego na ulicy w tę nędzną, kwietniową noc. Pozbawił go możliwości zniknięcia z oczu, bo kiedy tylko go ujrzał, uczepił się go tak bardzo, że Rookwoodowi będzie ciężko ponownie się z tego wyplątać. Wiedziałby już, gdzie szukać, choć nie miał pojęcia, kogo pytać.
Znów się nachmurzył, słuchając o tym, jak ktoś w niego wierzył, podczas gdy niespecjalnie miał możliwości, by to realizować. Właściwie to też nie chciał o tym rozmawiać. Otwierał gębę i słowa z niego wypływały, zaczepiając o różne tematy dla samego faktu gadania. Wciąż kierował się tym, że musiał stawiać czoła konsekwencjom, zamiast wcześniej się zastanowić, by ich uniknąć.
- Naprawdę wierzysz, że pozwalają mi na jakikolwiek wkład własny? – zaśmiał się nieszczerze, zaciskając dłoń w pięść tak mocno, że prawie przebił sobie paznokciami skórę. Nie robił tego świadomie, to uzmysłowienie mu faktu, że nadal niewiele znaczył tak na niego działało. – Próbuję, Sauriel, ale to nie zawsze działa. I chyba muszę się nauczyć rzeźbić jednorożce – dodał, przypominając sobie, że obiecał coś pewnej siedmiolatce i zamierzał dotrzymać słowa, jeśli za cztery lata nie zmieni się jej wizja. A raczej zmieni, nie oszukujmy się. Dzieci dopiero uczyły się świata, więc fascynowały się każdą nową myślą, błyskotką i przygodą. Sam był niekiedy dziecinny, zwłaszcza – jak to pomyślał Sauriel – w kwestii swojej ciekawości.
- I co jeszcze? Abrakadabra? – zapytał, znów wspierając głowę na dłoni i puszczając rękę Sauriela po tym, jak nie znalazł na niej nic ciekawego. Żadnej blizny, żadnego znaku rozcięcia. Nie podobało mu się to, niepokoiło. Sprawiało, że czuł dziwne zgrzytanie w kościach, które nakazywało mu teraz wstać i uciec najdalej stąd. Ale nie potrafił, bo patrząc na niego, wciąż widział w nim swojego przyjaciela. Sam nie był pewien, co musiałby zrobić Rookwood, żeby jakkolwiek go wystraszyć. - Magia krwi jest paskudna, nigdy jej nie lubiłem. Zbyt brudna robota, nawet jeśli tylko o tym czytasz.
Nie znał się na wampirach, niewiele pamiętał z tych lekcji na trzecim roku, kiedy przerabiali najróżniejsze stworzenia. Jedyne wspomnienia, jakie pozostały mu w głowie, to nabijanie się z komarów i wielka czerwona klasyfikacja Ministerstwa Magii, nakazująca trzymać się z daleka. Chyba zaczynał rozumieć, dlaczego. Kiedy wampirem zostawał ktoś bliski, traciło się tę świadomość, że to nie była już ta sama osoba. Nawet jeśli serce podpowiadało coś innego.
Parsknął śmiechem, choć jego oczy wcale nie migotały z radości. Było w nich widać tlący się strach. Czyżby zostało mu udowodnione to, że istniały pytania, na które nie chciał znać odpowiedzi? Tętno mu przyspieszyło, a palce, które zacisnął właśnie na swojej szklance lekko drżały. Boisz się, Fergus. To wciąż Sauriel, czy już nie-Sauriel gotowy rzucić się na niego, gdy tylko na chwilę się zdekoncentruje?
- Nie jestem smaczny – rzucił tylko, siląc się na spokojny ton głosu i upił spory łyk whisky. Paliła w gardle, uspokajając go nieco. Naprawdę wierzył, że wybierze kogoś z tych obcych ludzi, kiedy tak łatwy cel miał przy stoliku? Podano do stołu, życzymy smacznego. Czy ktoś mógłby mu napisać na grobie, że uderzył wampira?
Znów się nachmurzył, słuchając o tym, jak ktoś w niego wierzył, podczas gdy niespecjalnie miał możliwości, by to realizować. Właściwie to też nie chciał o tym rozmawiać. Otwierał gębę i słowa z niego wypływały, zaczepiając o różne tematy dla samego faktu gadania. Wciąż kierował się tym, że musiał stawiać czoła konsekwencjom, zamiast wcześniej się zastanowić, by ich uniknąć.
- Naprawdę wierzysz, że pozwalają mi na jakikolwiek wkład własny? – zaśmiał się nieszczerze, zaciskając dłoń w pięść tak mocno, że prawie przebił sobie paznokciami skórę. Nie robił tego świadomie, to uzmysłowienie mu faktu, że nadal niewiele znaczył tak na niego działało. – Próbuję, Sauriel, ale to nie zawsze działa. I chyba muszę się nauczyć rzeźbić jednorożce – dodał, przypominając sobie, że obiecał coś pewnej siedmiolatce i zamierzał dotrzymać słowa, jeśli za cztery lata nie zmieni się jej wizja. A raczej zmieni, nie oszukujmy się. Dzieci dopiero uczyły się świata, więc fascynowały się każdą nową myślą, błyskotką i przygodą. Sam był niekiedy dziecinny, zwłaszcza – jak to pomyślał Sauriel – w kwestii swojej ciekawości.
- I co jeszcze? Abrakadabra? – zapytał, znów wspierając głowę na dłoni i puszczając rękę Sauriela po tym, jak nie znalazł na niej nic ciekawego. Żadnej blizny, żadnego znaku rozcięcia. Nie podobało mu się to, niepokoiło. Sprawiało, że czuł dziwne zgrzytanie w kościach, które nakazywało mu teraz wstać i uciec najdalej stąd. Ale nie potrafił, bo patrząc na niego, wciąż widział w nim swojego przyjaciela. Sam nie był pewien, co musiałby zrobić Rookwood, żeby jakkolwiek go wystraszyć. - Magia krwi jest paskudna, nigdy jej nie lubiłem. Zbyt brudna robota, nawet jeśli tylko o tym czytasz.
Nie znał się na wampirach, niewiele pamiętał z tych lekcji na trzecim roku, kiedy przerabiali najróżniejsze stworzenia. Jedyne wspomnienia, jakie pozostały mu w głowie, to nabijanie się z komarów i wielka czerwona klasyfikacja Ministerstwa Magii, nakazująca trzymać się z daleka. Chyba zaczynał rozumieć, dlaczego. Kiedy wampirem zostawał ktoś bliski, traciło się tę świadomość, że to nie była już ta sama osoba. Nawet jeśli serce podpowiadało coś innego.
Parsknął śmiechem, choć jego oczy wcale nie migotały z radości. Było w nich widać tlący się strach. Czyżby zostało mu udowodnione to, że istniały pytania, na które nie chciał znać odpowiedzi? Tętno mu przyspieszyło, a palce, które zacisnął właśnie na swojej szklance lekko drżały. Boisz się, Fergus. To wciąż Sauriel, czy już nie-Sauriel gotowy rzucić się na niego, gdy tylko na chwilę się zdekoncentruje?
- Nie jestem smaczny – rzucił tylko, siląc się na spokojny ton głosu i upił spory łyk whisky. Paliła w gardle, uspokajając go nieco. Naprawdę wierzył, że wybierze kogoś z tych obcych ludzi, kiedy tak łatwy cel miał przy stoliku? Podano do stołu, życzymy smacznego. Czy ktoś mógłby mu napisać na grobie, że uderzył wampira?