Gdyby tylko był w stanie, z miejsca powiedziałby bratu, co myślał o jego zachowaniu. Cholernie mu bowiem nie podobało się to, co zrobił właśnie z jego golfem. Nie uważał, żeby było to potrzebne. I przede wszystkim - odpowiednie w stosunku do miejsca, w którym się obecnie znajdywali. Widać kolejny Mulciber stracił cały swój zdrowy rozsądek! Jako że nie był w stanie się z tego powodu uspokoić, a jego ciśnienie najpewniej kolejny raz znacząco podskoczyło - poczuł kolejne, bolesne ukłucie w klatce piersiowej. Jego twarz wykrzywił grymas. Palce starał się cały czas zaciskać na blacie stołu. Próbował utrzymać pion, choć czuł się naprawdę okropnie.
Nie był w stanie ocenić ile to trwało. Jak dużo zajęło czasu. Nie zwracał też dłużej uwagi na wszystko to, co działo się przy rodzinnym stoisku. Na cały ten rozgardiasz. Teraz nie miało to większego znaczenia. Potrzebował... potrzebował...
- Zabierz tego chuja sprzed moich oczu. - odezwał się. Choć słabym głosem, to wyraźnie wychwycić dało się w nim wkurw w najczystszej postaci. Ten wkurw, na który praktycznie nigdy sobie nie pozwalał. Teraz zaś nie był w stanie przejąć nad tym kontroli. Uspokoić się. Nie denerwować nadmiernie.
Gdyby tylko był w stanie, zapewne wziąłby to cholerstwo do ręki i rzucił tym na oślep. Być może, przy odrobinie szczęścia, trafiając w mordę Alastora Moody'ego. Albo tego całego McKinnona. Ewentualnie tą cholerną babę, która kupiła świeczki, wpierdalając się jednocześnie w ich wewnętrzne, rodzinne sprawy. A niech się nimi udławi. Bo tylko do tego się ten szajs nadawał.
- Kłuje. W klatce... w klatce piersiowej. - mimo wszystko współpracował, kiedy Leonard (z łaski swojej) postanowił się nim zająć, udzielić odpowiedniej pomocy. Cały czas ciężko przy tym oddychał. Cały czas czuł się fatalnie. A choć mówić był w stanie, to przychodziło mu to z pewnym trudem. Było męczące. Męczące oraz dezorientujące, bo naprawdę tego nie rozumiał. Nie do końca był w stanie zrozumieć.