Owszem, nie były to nadmiernie popularne składniki, bo zwyczajnie były drogie. Niedostępne tutaj, w Anglii, trzeba było je sprowadzać zza granicy. Miały specyficzne zapachy, do których też niekoniecznie Anglicy byli przyzwyczajeni. Tym nie mniej było to też to, co jemu samemu podpasowało przy różnych poszukiwaniach. Nie oczekiwał, że będzie to na miejscu, za to nie wątpił, że było to możliwe do realizacji. Kwestia tego, kiedy się po to zgłosić, albo czy w ogóle zgłaszać się trzeba. Coś takiego jak kadzidełka były delikatnymi tworami, ryzyko wysyłania ich pocztą... och, cóż.
- W porządku. - Zgodził się bez przeszkód, przesuwając dłonią po łbie siedzącego obok niego wielkiego psa. - Czy mogę liczyć na to, że kadzidła o wspomnianym składzie pojawią się u pana w sklepie? - Dopytał, żeby nie było wątpliwości, że stracił nimi zainteresowanie. - Ze względu na dawną współpracę jestem w stanie przedłożyć zaliczkę. - Nie było niczego złego w braniu częściowej zapłaty za wyroby czy zamawiane przedmioty. W końcu trzeba na to kupić produkty, jest to konieczność wyłożenia pieniądzy z kasy sklepu, a może akurat ona musiała być płynna... Specyficzne zamówienia - specyficzna cena. Prewett nie mógł powiedzieć, że ta nie grała roli. Zawsze grała. Był pazerny na pieniądze i nie lubił ich przepłacać, natomiast nie był jednocześnie skąpcem, żeby za swoje widzi mi się żądać teraz od sprzedawcy absurdalnie niskiej ceny. Wiedział, czego chciał i miał świadomość, że to nie jest towar dostępny od ręki, więc proszę bardzo - galeony na stół. - Niech będzie też to pudełko waleriany i lawendy. Sprawdzę, czy działa. - Albo JAK działa. Machnął lekko dłonią, chociaż to nie był gest stricte skierowany do Mulcibera. Wynikał z przeżucia własnych myśli i wrażeniu, że to była naprawdę dość nędzna próba walczenia z wiatrakami. - Dziękuję za pański czas, panie Mulciber. Prosiłbym o zapakowanie trzech pudełek trawy cytrynowej i jednego waleriany z lawendą. - Po swoje zamówienie zaś zgłosi się, kiedy zostanie dostarczone.
Dopełnili formalności, przesypały się galeony i każdy mógł się rozejść w swoją stronę. Uważnie obserwujący Mulcibera jarczuk, który nienaturalnie mało się nawet ruszał, jakby sylwetka mężczyzny go zaklęła swoją osobą, przeniósł w końcu złote ślepia na swojego pana i podniósł się z miejsca, żeby grzecznie wyjść za nim z pomieszczenia. Psu nawet przez głowę nie przeszło, że mógłby pchać się pierwszy. Laurent pożegnał się z uroczym Willamem i opuścił sklep ze swoim zamówieniem.