30.05.2024, 21:48 ✶
Midred zazwyczaj nie wybiegała myślą dalej, niż dwa uderzenia serca. Co prawda nie mogła spać, z powodu przeszłych zdarzeń, nie mogła często się skupić, gdy głowę zalewały jej plany na przyszłość i scenariusze wspólnego życia z Alastorem, bądź dojmującej tęsknoty za nim w wariantach pozbawionych jego osoby. Ale w teraźniejszości porywcza dusza robiła to na co miała ochotę, niepomna na konsekwencje, ale też nie do końca wiedząca co zrobić po realizacji jednego z punktów. Gdzie będzie kolejny? Prawdziwie, dziewczyna naznaczona w ubiegłym roku przez piorun, działała i myślała podobnie jak nieokrzesany żywioł, pędząc na miejsce zawijasem drogą nie najkrótszą, ale skutecznie, do ziemi, byleby się rozładować...
Teraz jednak Millie nie pikowała dalej, leciała równo nad tonią jeziora, rozkoszując się wrażeniem nocnej wycieczki, odkrywając jaką przyjemność sprawia jej to, że ktoś siedzi obok, że czuje jego drżenie, jego objęcie, wczepione w siebie palce. Nie rozumiała za bardzo co się dzieje, czemu serce waliło jej tak mocno, czemu ciało reagowało tak intensywnie na drugie ciało. Biel stapiała się z czernią, dziewczyny miały wszak bardzo niestosowne uczesanie do tego typu aktywności. Gdzież tu jednak mówić o bezpieczeństwie i higienie użytkowania miotły, skoro ich startem był skok z astronomicznej wieży?
Za nic miała sobie wyzwiska, teraz tym bardziej, w przekorze, była gotowa lecieć calusieńką noc ku morzu, aby zmoczyć słoną trzewiki słodkiej Eden, jabłku, które zerwała i ukradła dla siebie tej nocy.
– Jestem krukiem przynoszącym sny – odpowiedziała z absolutną powagą, nawet jeśli uśmiech nieprzerwanie gościł na jej trójkątnej twarzy. Wraz ze swoimi słowami, zaczęła się wznosić wyżej, ku chmurom, ku Księżycowi, ku władcy tego co nieuświadomione, gubiąc twardą ziemię, kolejowe tory, małe domki magów mieszkających opodal zamku. Prawem aerodynamiki, prawem latania na miotle we dwoje i jej ramiona otaczały porwaną z najwyższej wieży księżniczkę, choć teraz zupełnie niepostrzeżenie policzek otarł się o policzek, a mimo pędu, mimo wysokości czystokrwista panna mogła usłyszeć lekko zachrypnięty szept, utkany wprost do jej białego uszka
– Jaki chcesz sen Eden... jakie marzenie chciałabyś ode mnie dostać? A może koszmar, który przypomni Ci o co walczysz każdego dnia? Czego pragniesz... – umilkła stabilizując lot tak, żeby miotła wytrzymała wysokość. No i one żeby wytrzymały, żeby mogły ścinać granice rzeczywistości, dotknąć w młodzieńczym szaleństwie horyzontu nocnego nieba.
Teraz jednak Millie nie pikowała dalej, leciała równo nad tonią jeziora, rozkoszując się wrażeniem nocnej wycieczki, odkrywając jaką przyjemność sprawia jej to, że ktoś siedzi obok, że czuje jego drżenie, jego objęcie, wczepione w siebie palce. Nie rozumiała za bardzo co się dzieje, czemu serce waliło jej tak mocno, czemu ciało reagowało tak intensywnie na drugie ciało. Biel stapiała się z czernią, dziewczyny miały wszak bardzo niestosowne uczesanie do tego typu aktywności. Gdzież tu jednak mówić o bezpieczeństwie i higienie użytkowania miotły, skoro ich startem był skok z astronomicznej wieży?
Za nic miała sobie wyzwiska, teraz tym bardziej, w przekorze, była gotowa lecieć calusieńką noc ku morzu, aby zmoczyć słoną trzewiki słodkiej Eden, jabłku, które zerwała i ukradła dla siebie tej nocy.
– Jestem krukiem przynoszącym sny – odpowiedziała z absolutną powagą, nawet jeśli uśmiech nieprzerwanie gościł na jej trójkątnej twarzy. Wraz ze swoimi słowami, zaczęła się wznosić wyżej, ku chmurom, ku Księżycowi, ku władcy tego co nieuświadomione, gubiąc twardą ziemię, kolejowe tory, małe domki magów mieszkających opodal zamku. Prawem aerodynamiki, prawem latania na miotle we dwoje i jej ramiona otaczały porwaną z najwyższej wieży księżniczkę, choć teraz zupełnie niepostrzeżenie policzek otarł się o policzek, a mimo pędu, mimo wysokości czystokrwista panna mogła usłyszeć lekko zachrypnięty szept, utkany wprost do jej białego uszka
– Jaki chcesz sen Eden... jakie marzenie chciałabyś ode mnie dostać? A może koszmar, który przypomni Ci o co walczysz każdego dnia? Czego pragniesz... – umilkła stabilizując lot tak, żeby miotła wytrzymała wysokość. No i one żeby wytrzymały, żeby mogły ścinać granice rzeczywistości, dotknąć w młodzieńczym szaleństwie horyzontu nocnego nieba.