30.05.2024, 02:15 ✶
Fox przez chwilę milczał, skupiając się jedynie na wiosłowaniu. Rozbawienie i sympatia, dość czytelnie malujące się na jego twarzy, umknęły na rzecz głębokiego zamyślenia i osobliwej jak na niego niepewności. W końcu do tej pory wszystko co robił przy Yaxleyu było raczej głupie, odważne i brawurowe a teraz nagle dopadła go jakaś dziwna nieśmiałość.
- Uznasz mnie za wariata, As – powiedział wreszcie, dość powoli, ostrożnie cedząc wypowiadane przez siebie słowa. – Uznasz mnie za wariata, bo ja sądzę, że w to wszystko uwikłana jest magia – Uwiesił spojrzenie na twarzy wampira, jakby czekał aż ten wybuchnie śmiechem i powie mu, że jednak jest pijany. – Wiem, jak to brzmi, ale tylko posłuchaj: Windermere jest nabrzmiałe od przenikających go legend arturiańskich. Wiara miejscowych w magię musi być silna, skoro szczycą się tym, że osiemset lat wcześniej spalili na stosie ostatnią wiedźmę. W zasadzie każde podejrzane zaginięcie było w pobliżu tego jeziora, a my płyniemy właśnie na jeden z czterdziestu siedmiu usianych po Anglii Avalonów. Być może ten jest choć odrobinę prawdziwszy od pozostałych? Dzisiejszej nocy w Carlisle, jest festyn, na którym palą słomianą kukłę ku pamięci tamtej wiedźmy, a jeśli… a jeśli ogień na wyspie, ten który widzieliśmy jest… jest jakimś odbiciem? – W miarę z tym, jak mówił, Fox coraz bardziej zapalał się do własnej teorii.
Był mugolem, ale najwidoczniej wierzył w istnienie świata magii. Może miał w rodzinie czarodzieja? Albo w jego życiu wydarzyło się kiedyś coś na tyle niesamowitego, że wytłumaczył to sobie działaniem czarów?
Kiedy Astaroth kierował się w stronę ognia, Mulder wciągnął łódkę na brzeg. W pierwszej chwili wydawał się głęboko rozczarowany zaistniałą sytuacją, w drugiej postanowił obejść wyspę. Jak wszyscy, którzy nosili w sobie ziarno fanatyzmu, uznał brak ogniska za kolejny znak działania magii.
Tym razem nawet się specjalnie nie pomylił, choć w jego przypadku, musiały mu wystarczyć własne przekonania, bo magia nie ujawniła się przed nim. Dostrzegł ją za to Yaxley. Kiedy zbliżał się w stronę płomieni, dotarło do niego, że te… były i nie były prawdziwe. Półprzezroczyste, raz niemal czuł buzujące od nich ciepło, drugi niemal niewidoczne, tak łatwe do przeoczenia. Może mugol miał rację i rzeczywiście przypatrywał się czemuś, co wydarzyło się bardzo dawno temu, a tego wieczoru (może każdej nocy z 9 na 10 sierpnia, od prawie ośmiuset lat się wydarzało?) ożywało na krótko? To było jak ruchomy obraz, w którym ukazana była dość krótka scena. Astaroth dostrzegł na stosie kobietę. Najpierw była blada ze strachu a po jej twarzy ciekły łzy. Próbowała gasić ogień stopami, ale bezskutecznie. Potem już tylko krzyczała, gdy płomienie pożerały jej ciało.
Dźwięk przypominający plusk wyrwał Yaxleya z obserwowania tej sceny. Poczuł, że zaczęły go alarmować zmysły łowcy potworów. Coś niebezpiecznego czaiło się w pobliżu łódki. Tryton?
- Uznasz mnie za wariata, As – powiedział wreszcie, dość powoli, ostrożnie cedząc wypowiadane przez siebie słowa. – Uznasz mnie za wariata, bo ja sądzę, że w to wszystko uwikłana jest magia – Uwiesił spojrzenie na twarzy wampira, jakby czekał aż ten wybuchnie śmiechem i powie mu, że jednak jest pijany. – Wiem, jak to brzmi, ale tylko posłuchaj: Windermere jest nabrzmiałe od przenikających go legend arturiańskich. Wiara miejscowych w magię musi być silna, skoro szczycą się tym, że osiemset lat wcześniej spalili na stosie ostatnią wiedźmę. W zasadzie każde podejrzane zaginięcie było w pobliżu tego jeziora, a my płyniemy właśnie na jeden z czterdziestu siedmiu usianych po Anglii Avalonów. Być może ten jest choć odrobinę prawdziwszy od pozostałych? Dzisiejszej nocy w Carlisle, jest festyn, na którym palą słomianą kukłę ku pamięci tamtej wiedźmy, a jeśli… a jeśli ogień na wyspie, ten który widzieliśmy jest… jest jakimś odbiciem? – W miarę z tym, jak mówił, Fox coraz bardziej zapalał się do własnej teorii.
Był mugolem, ale najwidoczniej wierzył w istnienie świata magii. Może miał w rodzinie czarodzieja? Albo w jego życiu wydarzyło się kiedyś coś na tyle niesamowitego, że wytłumaczył to sobie działaniem czarów?
Kiedy Astaroth kierował się w stronę ognia, Mulder wciągnął łódkę na brzeg. W pierwszej chwili wydawał się głęboko rozczarowany zaistniałą sytuacją, w drugiej postanowił obejść wyspę. Jak wszyscy, którzy nosili w sobie ziarno fanatyzmu, uznał brak ogniska za kolejny znak działania magii.
Tym razem nawet się specjalnie nie pomylił, choć w jego przypadku, musiały mu wystarczyć własne przekonania, bo magia nie ujawniła się przed nim. Dostrzegł ją za to Yaxley. Kiedy zbliżał się w stronę płomieni, dotarło do niego, że te… były i nie były prawdziwe. Półprzezroczyste, raz niemal czuł buzujące od nich ciepło, drugi niemal niewidoczne, tak łatwe do przeoczenia. Może mugol miał rację i rzeczywiście przypatrywał się czemuś, co wydarzyło się bardzo dawno temu, a tego wieczoru (może każdej nocy z 9 na 10 sierpnia, od prawie ośmiuset lat się wydarzało?) ożywało na krótko? To było jak ruchomy obraz, w którym ukazana była dość krótka scena. Astaroth dostrzegł na stosie kobietę. Najpierw była blada ze strachu a po jej twarzy ciekły łzy. Próbowała gasić ogień stopami, ale bezskutecznie. Potem już tylko krzyczała, gdy płomienie pożerały jej ciało.
Dźwięk przypominający plusk wyrwał Yaxleya z obserwowania tej sceny. Poczuł, że zaczęły go alarmować zmysły łowcy potworów. Coś niebezpiecznego czaiło się w pobliżu łódki. Tryton?