28.05.2024, 14:07 ✶
Septima od dziecka nie lubiła patrzeć w lustro, jakby obawiała się nie tylko szpetnych bladości i ciemnych podkówek okalających oczy, a tego co mogłaby zobaczyć w głębi tęczówek – bezmiernego odmętu źrenic, które przypominały mętne bagno i w podobny sposób zawsze, kiedy przyglądano się im zbyt długo, sprawiały wrażenie, jakby mogło wynurzyć się z nich coś dziwnego, może przerażającego.
Słuchała Morpheusa w ciszy, a za każdym razem, gdy chwytała przypadkiem odbicie jego twarzy w szklanej powierzchni butelki, odwracała płochliwie wzrok, przekonana, że tym nieobecnym, mętnym spojrzeniem może go jedynie odepchnąć i wystraszyć.
— Nie boisz się tego ognia?
Odpowiadając sobie samej na to pytanie, błądząc po meandrach gałęzi wszelakich argumentów, pożałowała tych dociekań i to tak bardzo, że zdecydowała się przerwać kruche szkliwo ram niezręczności, które zresztą sama sobie narzuciła.
— Dionizos byłby rad...— przebąknęła zajęta kremowym smakołykiem, którego konsumpcja przyćmiła jej umysł na dobre kilka minut.
— Szukałeś kiedyś substytutu? Czegoś co wyzwala równie wiele endorfin, ale cię nie zabija?
Bo przecież ludzkie ciało było tak wadliwe, a ludzkie pragnienia silne, spiżowe, zwłaszcza w starciu ze słodkim zakazanym.
W miarę upływu czasu niebo coraz bardziej krzepło, ciemniało, a jedynym dźwiękiem przerywającym ciszę był szum czerniejących fal morskich głębin. Z oddali nawoływała muzyka skrzypiec i fleta, nakreślająca im skarpę namacalnej rzeczywistości, która gdzieś za nimi wciąż istniała. Szeptała o zgiełku przyjęcia i rozmów, z których oboje dziś zrezygnowali, ale czy gdyby tam zostali, to czy byliby w stanie zamienić więcej niż kilka urywanych obcym rechotem zdań? Teraz mogła go wysłuchać z należytym skupieniem, nieprzerywanym, introspekcyjnym.
— Nie jesteś zgniłym jabłkiem, Morpheusu — powiedziała butnie, upijając wina — albo, zmieniając perspektywę, wszyscy nimi jesteśmy jednocześnie.
Osunęła się leniwie, pozwalając głowie spocząć na piaszczystym zagłówku. Chciałaby powiedzieć więcej, chciałaby zapewnić, że wszystko się ułoży. Ale te słowa jakoś nie chciały uciekać z warg.
Słuchała Morpheusa w ciszy, a za każdym razem, gdy chwytała przypadkiem odbicie jego twarzy w szklanej powierzchni butelki, odwracała płochliwie wzrok, przekonana, że tym nieobecnym, mętnym spojrzeniem może go jedynie odepchnąć i wystraszyć.
— Nie boisz się tego ognia?
Odpowiadając sobie samej na to pytanie, błądząc po meandrach gałęzi wszelakich argumentów, pożałowała tych dociekań i to tak bardzo, że zdecydowała się przerwać kruche szkliwo ram niezręczności, które zresztą sama sobie narzuciła.
— Dionizos byłby rad...— przebąknęła zajęta kremowym smakołykiem, którego konsumpcja przyćmiła jej umysł na dobre kilka minut.
— Szukałeś kiedyś substytutu? Czegoś co wyzwala równie wiele endorfin, ale cię nie zabija?
Bo przecież ludzkie ciało było tak wadliwe, a ludzkie pragnienia silne, spiżowe, zwłaszcza w starciu ze słodkim zakazanym.
W miarę upływu czasu niebo coraz bardziej krzepło, ciemniało, a jedynym dźwiękiem przerywającym ciszę był szum czerniejących fal morskich głębin. Z oddali nawoływała muzyka skrzypiec i fleta, nakreślająca im skarpę namacalnej rzeczywistości, która gdzieś za nimi wciąż istniała. Szeptała o zgiełku przyjęcia i rozmów, z których oboje dziś zrezygnowali, ale czy gdyby tam zostali, to czy byliby w stanie zamienić więcej niż kilka urywanych obcym rechotem zdań? Teraz mogła go wysłuchać z należytym skupieniem, nieprzerywanym, introspekcyjnym.
— Nie jesteś zgniłym jabłkiem, Morpheusu — powiedziała butnie, upijając wina — albo, zmieniając perspektywę, wszyscy nimi jesteśmy jednocześnie.
Osunęła się leniwie, pozwalając głowie spocząć na piaszczystym zagłówku. Chciałaby powiedzieć więcej, chciałaby zapewnić, że wszystko się ułoży. Ale te słowa jakoś nie chciały uciekać z warg.