28.05.2024, 13:17 ✶
Nie mówił zwykle wprost takich rzeczy. Kochać było ludzkim odruchem, rysą na rzeźbionej w marmurze masce stoika, za którą chował się na co dzień. Przed samym sobą nie próbował udawać, że nie kocha nikogo; nie żył w aż takim wyparciu. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że są w jego życiu osoby bliskie sercu. Te, które kochał tak bardzo, że gotów był na wielkie poświęcenia i nie był w stanie patrzeć na ich cierpienie. Była to Millie, była jego matka, może nawet w jakiś pokrętny sposób Vakel. A jednak słowa tę miłość wyrażające z trudnością wydostawały się z jego ust; wzbraniał się przed takim bezpośrednim odsłonięciem, szukał innych dróg do okazania uczuć: czynu czy obecności.
Dlatego tamtego dnia w sali Lecznicy nie padło: „kocham cię”, lecz „zależy mi”. Obszedł temat, choć w głębi duszy tak bardzo chciał jej dać te dwa słowa, kocham cię, w nadziei, że znajdzie w nich trochę otuchy. Gdyby kochał ją mniej, gdyby ich waga była mniejsza i nie kryło się między tą garstką głosek aż tyle uczucia: być może wtedy zdobyłby się na powiedzenie tego w tamtej chwili.
— Oczywiście, że powróżę. — Teraz, gdy widział, że wszystko z nią w porządku, nie bał się aż tak. Skoro wróciła, los nie powinien ważyć się na ponowne jej odebranie. Prawda? — Masz jakieś konkretne pytanie?
Przez chwilę bał się, że wciskając mu z powrotem farby, odpuszcza prezent, decyduje się pozostać przy szarości węgielnych szkiców. Zdecydowanie przyjemniejszą była interpretacja, że Peregrinus ma je jedynie przechować.
Oczywiście wziął posłusznie koc i włożył farbki do kieszeni, gdy skierowali się do ogrodu.
Świat poza szpitalem odzyskał częściowo swoje kolory, choć wciąż były jakby nie w pełni nasycone.
Na kocu prócz kubków wyłożone było także pudełko z kartami Peregrinusa gotowymi do powróżenia oraz paczka papierosów i zdjęta przez niego marynarka. Samotność kuzynostwa rozpraszał jedynie czarny kos szukający w ziemi pod drzewem owadów, choć Trelawney podejrzewał, że gdzieś poza ich zasięgiem wzroku zapewne krąży sanitariusz pilnujący przebywających w ogrodzie.
Nastroje nieco zmarkotniały: euforia ze spotkania po długiej rozłące opadła, miejsce po niej wypełniło smutne przypomnienie, że to jeszcze nie koniec zmagań Millie. Fakt, że wróciła, nie oznaczał, że wszystko jest w porządku i dalej będzie tylko łatwo.
Słuchając namawiań do wyjazdu, wróżbita rozsypał machinalnie do obu naczyń po trochu herbaty, po czym zakręcił różdżką nad dzbankiem, z którego leniwie uniosła się wstęga wody. Wiła się chwilę wokół różdżki, chłonąc promieniowane przez nią ciepło, po czym rozeszła się na dwoje i wpadła z łagodnym pluśnięciem do kubków.
— Zapewne. — Nie było w tym wiele entuzjazmu ani przekonania. Z jednej strony dokładnie to chciał usłyszeć: że nie powinien czuć się jak zdrajca. Z drugiej… z drugiej myślał, czy nie wolałby zostać za tę zdradę ukarany gniewem. — Choć mógłbym w ramach wypoczynku… posiedzieć w domu? — Nie usiedziałby. Wróciłby do pracy przed upływem dwóch dni.
Nie protestował, gdy Millie schyliła się i złożyła głowę na jego nodze. Wręcz przeciwnie, poprawił pozycję, żeby mogła oprzeć się wygodniej. Spojrzał rozczulony w dół, na plątaninę ciemnych włosów, na szczupłe blade ramiona.
— Zabiorę. — Słowo to wyszło z jego ust podłamanym głosem, ponieważ poczuł, jak Moody zadrżała. Chciał przyciągnąć ją do siebie i zamknąć w objęciach, nie wypuszczać już nigdy. Obecne okoliczności pozwoliły mu jednak jedynie na wsunięcie dłoni między kosmyki jej włosów. Głaskał ją delikatnie po głowie, uważając, aby nie zaplątać palców w przypadkowy kołtun i nie pociągnąć boleśnie. Co jakiś czas, błądząc, zahaczał także miękko opuszkami o jej policzek, kark czy szyję. — Jak wyjdziesz, pójdę za tobą gdziekolwiek. Na szczyt, na dno.
Dlatego tamtego dnia w sali Lecznicy nie padło: „kocham cię”, lecz „zależy mi”. Obszedł temat, choć w głębi duszy tak bardzo chciał jej dać te dwa słowa, kocham cię, w nadziei, że znajdzie w nich trochę otuchy. Gdyby kochał ją mniej, gdyby ich waga była mniejsza i nie kryło się między tą garstką głosek aż tyle uczucia: być może wtedy zdobyłby się na powiedzenie tego w tamtej chwili.
— Oczywiście, że powróżę. — Teraz, gdy widział, że wszystko z nią w porządku, nie bał się aż tak. Skoro wróciła, los nie powinien ważyć się na ponowne jej odebranie. Prawda? — Masz jakieś konkretne pytanie?
Przez chwilę bał się, że wciskając mu z powrotem farby, odpuszcza prezent, decyduje się pozostać przy szarości węgielnych szkiców. Zdecydowanie przyjemniejszą była interpretacja, że Peregrinus ma je jedynie przechować.
Oczywiście wziął posłusznie koc i włożył farbki do kieszeni, gdy skierowali się do ogrodu.
———
Świat poza szpitalem odzyskał częściowo swoje kolory, choć wciąż były jakby nie w pełni nasycone.
Na kocu prócz kubków wyłożone było także pudełko z kartami Peregrinusa gotowymi do powróżenia oraz paczka papierosów i zdjęta przez niego marynarka. Samotność kuzynostwa rozpraszał jedynie czarny kos szukający w ziemi pod drzewem owadów, choć Trelawney podejrzewał, że gdzieś poza ich zasięgiem wzroku zapewne krąży sanitariusz pilnujący przebywających w ogrodzie.
Nastroje nieco zmarkotniały: euforia ze spotkania po długiej rozłące opadła, miejsce po niej wypełniło smutne przypomnienie, że to jeszcze nie koniec zmagań Millie. Fakt, że wróciła, nie oznaczał, że wszystko jest w porządku i dalej będzie tylko łatwo.
Słuchając namawiań do wyjazdu, wróżbita rozsypał machinalnie do obu naczyń po trochu herbaty, po czym zakręcił różdżką nad dzbankiem, z którego leniwie uniosła się wstęga wody. Wiła się chwilę wokół różdżki, chłonąc promieniowane przez nią ciepło, po czym rozeszła się na dwoje i wpadła z łagodnym pluśnięciem do kubków.
— Zapewne. — Nie było w tym wiele entuzjazmu ani przekonania. Z jednej strony dokładnie to chciał usłyszeć: że nie powinien czuć się jak zdrajca. Z drugiej… z drugiej myślał, czy nie wolałby zostać za tę zdradę ukarany gniewem. — Choć mógłbym w ramach wypoczynku… posiedzieć w domu? — Nie usiedziałby. Wróciłby do pracy przed upływem dwóch dni.
Nie protestował, gdy Millie schyliła się i złożyła głowę na jego nodze. Wręcz przeciwnie, poprawił pozycję, żeby mogła oprzeć się wygodniej. Spojrzał rozczulony w dół, na plątaninę ciemnych włosów, na szczupłe blade ramiona.
— Zabiorę. — Słowo to wyszło z jego ust podłamanym głosem, ponieważ poczuł, jak Moody zadrżała. Chciał przyciągnąć ją do siebie i zamknąć w objęciach, nie wypuszczać już nigdy. Obecne okoliczności pozwoliły mu jednak jedynie na wsunięcie dłoni między kosmyki jej włosów. Głaskał ją delikatnie po głowie, uważając, aby nie zaplątać palców w przypadkowy kołtun i nie pociągnąć boleśnie. Co jakiś czas, błądząc, zahaczał także miękko opuszkami o jej policzek, kark czy szyję. — Jak wyjdziesz, pójdę za tobą gdziekolwiek. Na szczyt, na dno.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie