27.05.2024, 22:48 ✶
Brenny nie obchodziło, czy był mugolakiem, półkrwi czy czystej krwi – liczyło się tylko to, że nie musiała kasować mu pamięci ani opowiadać bajek. Nazwisko, które usłyszała, wywoływało w niej raczej negatywne niż pozytywne skojarzenia: ci już za rządów Leacha pokazali, po której stoją stronie. Mimo to uważnie obejrzała rany Charlesa, a jej wyraz twarzy nie zmienił się ni o jotę.
Nazwisko w końcu nie decydowało o wszystkim, a ona miała przed sobą młodego, rannego chłopaka. I samo imię przywoływało obraz innego młodzieńca w tarapatach. Też z konserwatywnej rodziny.
– Cześć, Charlie, jestem Bre – powiedziała po prostu, pozwalając mu chwilę odpocząć na deskach, chociaż gdy upewniła się, że zaraz się jej tu nie wykrwawi, jej wzrok ześlizgnął się na taflę wody. Wciąż mięśnie ramion miała napięta, a gdy tylko puściła rękę chłopaka, dłoń znalazła się tuż przy różdżce. Nie mogła mieć pewna czy zaraz znów nie rozbrzmi śpiew, który zaprowadzi ich oboje w morskie odmęty. – Lodziarnia nie będzie konieczna, tylko żartowałam, mam po prostu strasznego pecha, bo jak ostatnio chciałam zjeść lody nad wodą, też prawie skończyłam utopiona, a mój brat jak to zobaczył, to upuścił nasze lody w piasek, skandaliczne niedopatrzenie z jego strony – stwierdziła, pozornie bardzo beztrosko, chociaż nie odrywała przecież wzroku od fal, szukając pomiędzy nimi błysku łusek.
Istota najwyraźniej odpłynęła jednak i nie zamierzała wracać. Może oczarowanie dwóch osób na raz było dla nich trudniejsze?
– Nie mam pojęcia, co to było – przyznała, a jej uwaga znów została ściągnięta na chłopaka, gdy jęknął z bólu i pochyliła się nad nim, znowu zerkając na poszarpaną koszulę i głębokie szramy na rękach. – Ale jestem właściwie pewna, że nie druzgotek. Nie przychodź tutaj więcej – mruknęła, bo skoro raz doszło tu do ataku, nic nie gwarantowało, że to się nie powtórzy. – Zabrać cię do Munga? – zapytała z wahaniem, widząc grymas bólu na jego twarzy. Być może obrażenia były poważniejsze niż się jej zdawało.
Nazwisko w końcu nie decydowało o wszystkim, a ona miała przed sobą młodego, rannego chłopaka. I samo imię przywoływało obraz innego młodzieńca w tarapatach. Też z konserwatywnej rodziny.
– Cześć, Charlie, jestem Bre – powiedziała po prostu, pozwalając mu chwilę odpocząć na deskach, chociaż gdy upewniła się, że zaraz się jej tu nie wykrwawi, jej wzrok ześlizgnął się na taflę wody. Wciąż mięśnie ramion miała napięta, a gdy tylko puściła rękę chłopaka, dłoń znalazła się tuż przy różdżce. Nie mogła mieć pewna czy zaraz znów nie rozbrzmi śpiew, który zaprowadzi ich oboje w morskie odmęty. – Lodziarnia nie będzie konieczna, tylko żartowałam, mam po prostu strasznego pecha, bo jak ostatnio chciałam zjeść lody nad wodą, też prawie skończyłam utopiona, a mój brat jak to zobaczył, to upuścił nasze lody w piasek, skandaliczne niedopatrzenie z jego strony – stwierdziła, pozornie bardzo beztrosko, chociaż nie odrywała przecież wzroku od fal, szukając pomiędzy nimi błysku łusek.
Istota najwyraźniej odpłynęła jednak i nie zamierzała wracać. Może oczarowanie dwóch osób na raz było dla nich trudniejsze?
– Nie mam pojęcia, co to było – przyznała, a jej uwaga znów została ściągnięta na chłopaka, gdy jęknął z bólu i pochyliła się nad nim, znowu zerkając na poszarpaną koszulę i głębokie szramy na rękach. – Ale jestem właściwie pewna, że nie druzgotek. Nie przychodź tutaj więcej – mruknęła, bo skoro raz doszło tu do ataku, nic nie gwarantowało, że to się nie powtórzy. – Zabrać cię do Munga? – zapytała z wahaniem, widząc grymas bólu na jego twarzy. Być może obrażenia były poważniejsze niż się jej zdawało.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.