27.05.2024, 19:25 ✶
— Nie dostrzegłem wiele poza mgłą — odparł, marszcząc brwi, gdy podążył wzrokiem w stronę wskazaną przez Sebastiana. — Ale słyszałem szlochy. Co dokładnie tam widziałeś?
Peregrinus niekoniecznie wierzył w wykupywanie wsparcia u Pani Księżyca czy jakiejkolwiek innej Pani mającej wpływ na to, co się z nimi działo. Księżyc kojarzył mu się co najwyżej z punktem na niebie, który miał znaczenie dla interpretacji wróżby astrologicznej. Wierzył, że układy ciał niebieskich można czytać, ale nie dowierzał, że jakaś transakcja czy zaklinanie w trakcie rytuału ma moc zmienienia wyroków gwiazd. Firmament był dla niego spisaną już księgą, której nikt nie miał mocy naruszyć. Ich los dawno był już nakreślony, gdy przekroczyli granice lasu. Oni tylko jeszcze nie wiedzieli, jaki zapadł werdykt.
Choć ścieżka prowadząca w głąb nie była całkiem przejrzysta, w połączeniu ze wskazówkami limba stanowiła opcję aż nazbyt kuszącą i oczywistą, aby z niej nie skorzystać. Alternatywą było rozłożenie się pod ścianą roślinności i liczenie na łut szczęścia: że nie będzie agresywna lub — co jeszcze lepsze — cofnie się na swoje pierwotne miejsce. Wróżbita nie widział więc powodu, aby nie przychylić się do głosu Macmillana. Tym bardziej że Longbottom zdążyła już w tym czasie czynem zaznaczyć swoją decyzję, więc i tak byłby w mniejszości.
— Tak, wygląda na to, że nie mamy w tej sytuacji lepszego wyboru niż postawić na umarłych — przytaknął kuzynowi, choć nie wydawał się do tego w pełni przekonany.
Dogadywanie się z zaświatami było niebezpieczną grą, lecz przecież nie pchali się w żaden układ ze śmiercią. Zamierzali jedynie skorzystać z… osobliwej formy przewodnictwa. Zawsze mogli zawrócić i zejść z obranej ścieżki, prawda?
Peregrinus ruszył więc za Brenną, choć bez jej werwy i w pewnej odległości, coby nie obrywać dodatkowo impetem poruszanych przez nią gałązek nachodzących na ścieżkę. Wędrówka korytarzem uwitym z leśnej flory była doświadczeniem w pewnym sensie klaustrofobicznym: jak okiem sięgnąć, w każdą stronę Trelawney widział jedynie drzewa, drzewa, więcej drzew. Obracał się również, co chwilę, aby sprawdzić, czy Sebastian jest za nim, oraz pilnował, aby nie stracić z oczu Brenny. Ostatnie, czego potrzebował w tym miejscu, to rozdzielenie się z kompanami.
@Sebastian Macmillan @Brenna Longbottom
Peregrinus niekoniecznie wierzył w wykupywanie wsparcia u Pani Księżyca czy jakiejkolwiek innej Pani mającej wpływ na to, co się z nimi działo. Księżyc kojarzył mu się co najwyżej z punktem na niebie, który miał znaczenie dla interpretacji wróżby astrologicznej. Wierzył, że układy ciał niebieskich można czytać, ale nie dowierzał, że jakaś transakcja czy zaklinanie w trakcie rytuału ma moc zmienienia wyroków gwiazd. Firmament był dla niego spisaną już księgą, której nikt nie miał mocy naruszyć. Ich los dawno był już nakreślony, gdy przekroczyli granice lasu. Oni tylko jeszcze nie wiedzieli, jaki zapadł werdykt.
Choć ścieżka prowadząca w głąb nie była całkiem przejrzysta, w połączeniu ze wskazówkami limba stanowiła opcję aż nazbyt kuszącą i oczywistą, aby z niej nie skorzystać. Alternatywą było rozłożenie się pod ścianą roślinności i liczenie na łut szczęścia: że nie będzie agresywna lub — co jeszcze lepsze — cofnie się na swoje pierwotne miejsce. Wróżbita nie widział więc powodu, aby nie przychylić się do głosu Macmillana. Tym bardziej że Longbottom zdążyła już w tym czasie czynem zaznaczyć swoją decyzję, więc i tak byłby w mniejszości.
— Tak, wygląda na to, że nie mamy w tej sytuacji lepszego wyboru niż postawić na umarłych — przytaknął kuzynowi, choć nie wydawał się do tego w pełni przekonany.
Dogadywanie się z zaświatami było niebezpieczną grą, lecz przecież nie pchali się w żaden układ ze śmiercią. Zamierzali jedynie skorzystać z… osobliwej formy przewodnictwa. Zawsze mogli zawrócić i zejść z obranej ścieżki, prawda?
Peregrinus ruszył więc za Brenną, choć bez jej werwy i w pewnej odległości, coby nie obrywać dodatkowo impetem poruszanych przez nią gałązek nachodzących na ścieżkę. Wędrówka korytarzem uwitym z leśnej flory była doświadczeniem w pewnym sensie klaustrofobicznym: jak okiem sięgnąć, w każdą stronę Trelawney widział jedynie drzewa, drzewa, więcej drzew. Obracał się również, co chwilę, aby sprawdzić, czy Sebastian jest za nim, oraz pilnował, aby nie stracić z oczu Brenny. Ostatnie, czego potrzebował w tym miejscu, to rozdzielenie się z kompanami.
@Sebastian Macmillan @Brenna Longbottom
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie