Robert spojrzenie miał sceptyczne. Nie wyglądało na to, aby słowa wypowiedziane przez Olivie zdołały go przekonać. Zarazem nie zdecydował się jednak swoich wątpliwości wyrazić na głos. Ograniczył się wyłącznie do westchnięcia. Wyglądało to trochę tak jakby miał powiedzieć tym samym: w zasadzie to nie mój problem. Bo chociaż tutaj podszedł, to Charles Mulciber rzeczywiście jego problemem nie był. Nie był jego synem, a jedynie bratankiem. I całe szczęście.
- Nad nerwami trzeba panować. - zdecydował się zareagować dopiero na ostatnie słowa Olivii. I w sumie byłoby to na tyle z jego strony. Zapomniał nawet, że miał zapytać o te nieszczęsne wstążki. Upewnić się, że chłopak takową posiadał. - W porządku. Będę z Twoim ojcem. - zwrócił się do Charliego.
I z tymi właśnie słowy pożegnał się z tą dwójką, wracając wreszcie w kierunku miejsca, w którym czekali na niego Richard i Lorien. Zapewne wypatrywali również Charliego, ale tutaj mógł wszystko wyjaśnić. Najwyraźniej dzieciak jakoś nieszczególnie śpieszył się do spędzania tego wieczoru w towarzystwie trupiarni. Ewentualnie emerytów i rencistów. Zwał jak zwał. Przecież nie będą go tutaj siłą trzymać.
A i, tak po prawdzie, to przyjemniej było spędzić ten czas z dorosłymi ludźmi.
Prawdziwie dorosłymi, a nie takimi, którzy za dorosłych jedynie się uważali.
Dotarcie do właściwego stolika zajęło mu chwilę. Musiał minąć pierw większą grupę czarodziejów, którzy nie mieli tyle szczęścia. Wyglądało na to, iż najbliższe godziny spędzą na stojąco. Albo komuś stolik podkradną. Musiał wyminąć też kilka stolików, pomiędzy którymi nie zawsze dało się łatwo przecisnąć. Czasami zdawało się brakować miejsca.
- Dużo mnie ominęło? - nie miał możliwości usłyszeć, o czym Lorien i Richard rozmawiali. Nie bardzo też skupiał się na scenie. Na tym, co właśnie się na niej działo. Kiedy dotarł do stolika, tym razem mając już złotą wstążkę zawiązaną wokół nadgarstka, pierw postawił na nim szklankę whisky, następnie odsunął sobie krzesło i usiadł. Wrócił tym samym bufor bezpieczeństwa. - Czy... - w tym momencie jego uwagę skupił odczytywany właśnie na scenie list. Nie ten, który napisał osobiście, ale wyglądało na to, że zdążył na właściwą część przedstawienia. Kiwnął głową w kierunku Lorien i Richarda, dając im zarazem znać, żeby chwilowo skupili się na widowisku. To był ten moment, na który czekał. Ten moment, na który starał się odpowiednio przygotować. - sza... - odezwał się, na wszelki wypadek. Gdyby wcześniejszego znaku jednak nie zrozumieli.
Pozwolił sobie nawet na to, żeby na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
Nie dało się mieć w tym przypadku większych wątpliwości. Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały na to, że Robert Mulciber był z siebie cholernie zadowolony.