Miała zwyczajnie nastrój jaki miała – ogólnie niezbyt wesoły, więc po co miała się ubierać w kolory? Jakoś jej się to nie spinało… Od niedawna mieszkała w Londynie i po przeniesieniu się tutaj zaczęła eksperymentować też z ubiorem. I jak na co dzień poza pracą można ją było spotkać głownie w sukienkach, tak teraz… łaziła głównie w spodniach. Nie miało to nic wspólnego z Saurielem… Albo miało, tylko nie w taki sposób jak mógłby się Stanley spodziewać, bo Rookwood przyniósł jej dużo zmartwienia i smutku i… Ach, nie było o czym mówić. Ostatnio… Ostatnio jakoś zaczęli na nowo ze sobą rozmawiać. Pomalutku. Małe kroczki.
Niebieski kot ani myślał ruszyć się z poduszki i miejsca, które zajmował, za to czarny kiciuś, maluszek taki, aż się podniósł na tych swoich jeszcze krótkich nóżkach i równie krótki ogonek postawił wysoko, sztywno. Mała buźka się otworzyła, robiąc cichutkie „miił” do Stanleya, który kucnął na podłodze przy kanapie, żeby się z maluchem przywitać, a kotek zbliżył się i z uwagą obwąchał jego dłoń.
– To jest Luna – przedstawiła czarnego kota, czy raczej kiteczkę, bo był to kociak, samiczka. – A to Błękitny Kwiatuszek – powiedziała wskazując na niebieskiego kota, którego zaraz pogłaskała po czubku głowy. Nie zamknął jednak oczu, wpatrywał się dalej w Stanleya, ale za to zamruczał cichutko.
Kiwnęła zaraz głową i sięgnęła po różdżkę, by wyczarować dla Stanleya szklankę z wodą, która ze stuknięciem pojawiła się na stoliku i usiadła na oparcie kanapy, ciągle głaszcząc niebieskiego kocura, teraz już jednak po policzku.
– Tak, znam Geraldine – przyznała od razu. Znały się z różnych imprez… ale głównie to zawodowo. Geraldine przynosiła jej czasami różne składniki do eliksirów, za opłatą oczywiście, a Victoria robiła jej eliksiry… różnorakie. Ogólnie Victoria robiła je głównie dla siebie i znajomych, czasami z polecenia dla kogoś tam… bo nie była to żadna oficjalna działalność. Ale pod tym względem wdała się w Lestrange’ów – piwniczaków i specjalistów od eliksirów. Stanley dobrze więc trafił. – Ach tak, Thoran… – powtórzyła za nim i skrzywiła się lekko. Pieprzony Thoran Yaxley, który najwyraźniej mieszkał kamienicę obok i wkurwiał ją…. No wkurwiał ją bardzo. Nie miała jeszcze czasu tego zbadać i sprawdzić, ale z każdym dniem miała na to ochotę coraz bardziej. A teraz jeszcze to. Aż zmrużyła oczy i zapatrzyła się w jednego z kwiatków, jakie tutaj miała, ale słuchała Stanleya uważnie. Bardzo uważnie. – Sugerowałam Saurielowi, żeby spróbował rzucić na ciebie Chłoszczyść. Nie wiem czy wiesz, ale to zaklęcie działa nie tylko na przedmioty, ale da się tym komuś wyszorować zęby i pozbyć się nieprzyjemnego oddechu z ust – zaczęła gadać. To, że nie było to zbyt przyjemne i potem z ust toczyła się piana, i puszczało się bańki z buzi przez chwilę to tam… szczegóły. – Zgaduję, że się tego nie podjął, bo to też całkiem zręcznie ignorował – mruknęła, po czym przysunęła się trochę bliżej Stanleya na tym oparciu kanapy i oderwała dłoń od kota. – Mogę? Wyszczerz zęby, chcę to zobaczyć z bliska – co prawda nie miała przeszkolenia medycznego, ale miała już w głowie kilka pomysłów na to, co z tymi jego zębami zrobić, skoro wszystkie rzeczy po kolei nie działały. Silny środek, ot co. – Jak długo się z tym męczysz? – taak, komizm sytuacji… Jeszcze bardziej komiczne było to, że aurorka doskonale znała personalia przynajmniej trzech Śmierciożerców, albo jednego Śmierciożercy i dwóch jego popleczników – i nic z tym nie zrobiła. Ba. Kryła to w swojej głowie bardzo, bardzo głęboko. Co do Stanleya… miała swoje podejrzenia. Ale miała też do niego interes, a wydanie go Ministerstwu by temu nie pomogło. Tak, było to bardzo egoistyczne. No i? Co Ministerstwo dla niej takiego zrobiło? Bo jak na jej standardy, to niewiele.