Cena. Wszystko ją miało, prawda? Esmé powtarzał to i żył według tej dziwacznej filozofii. Filozofii, którą dałoby się nazwać po prostu kapitalizmem. Wszystko może mieć wartość, a więc wszystko może być transakcją. Ta myśl pozostawała prawdziwa nawet wobec natury i Rowle boleśnie się o tym przekonywał. Tak, może i jego szamotanina pozwoliła mu na wydostanie się ze zdradzieckich uścisków, ale... zapłacił za to tlenem i siłami. I powoli tego pierwszego zaczynało brakować.
Świat zaczął się zamykać, zwężać. Myśli również. Ironicznie można było je porównać do ryb poza wodą - szamotały się desperacko, powoli tracąc siły. Jednak to nie był moment, by pozwolić światu zamilknąć na wieki. Rzemieślnik przecież właśnie z tym walczył - z ciszą i pustką. Z niczym. A zatem walczył dalej. Wykorzystując ostatki tlenu jaki krążył w jego krwi, wypłynął na powierzchnię, by zaraz łapczywie nabrać powietrza, wykasłując przy okazji wodę z płuc, która mimo jego usilnych starań i tak się tam znalazła.
Nie wiadomo czy Windermere, czy po prostu sama Geraldine tak na niego działała, że nawet na moment nie przestał o niej myśleć. Nawet, gdy wizję zaczął zalewać mrok. Utrzymywał się na powierzchni, łapiąc się jakiejkolwiek deski ze zniszczonej łódki, by jak najszybciej odzyskać oddech oraz energię. Nie zamierzał tak po prostu zostawić Ger pod wodą, by walczyła sama z trytonką. Nie w naturalnym środowisku tego potwora, nie kiedy mogło być ich więcej, a ona nie była na to przygotowana. Musiał jej jakoś pomóc. I jak mógł rzemieślnik pomóc najbardziej?
Potrzeba matką wynalazków. Błyskawicznie pozbawił swoje spodnie ulubionego skórzanego paska - z wygrawerowaną ćmą na metalowej klamrze. Położył pasek na kawałku deski z łódki, tak samo jak rękaw koszuli, który został zaraz oderwany. Wyciągnął różdżkę, która dotychczas znajdowała się w jego "kaburze" pod koszulą. Potrzebował chwili skupienia, by spleść zaklęcie transmutacyjne. Była to jedyna dziedzina magii, z której korzystał jakkolwiek regularnie. O ile "raz na tydzień" dało się nazwać "regularnym". Znał swoje umiejętności i przede wszystkim - wierzył w nie. Teraz zamierzał transmutować te "składniki" w wymyślną maskę do filtrowania wody w tlen. Skóra z paska miała posłużyć do utrzymania maski na twarzy za pomocą mniejszych pasków i do uszczelnień. Metal z klamry wzmacniał konstrukcję, która w głównej mierze była jednak drewniana - z deski łódki. Materiał swej koszuli miał przejść największą transformację - musiał stanowić magiczny filtr, który pozwoli wyciągać z wody jedynie tlen.
Plan w głowie był ułożony, wizję maski miał przed oczyma wyobraźni i wpatrywał się swoimi, teraz nadzwyczaj skupionymi, oczyma na jego materiałach, próbując sobie wyobrazić, jak składają się wedle jego życzeń w wymarzony obiekt. Zaklęcie... zostało rzucone. Ale po co ta maska, skoro już był na powierzchni? Ger mogła jej potrzebować. Gdyby tylko ją miała, to jej możliwości pod wodą były znacznie większe. Gdyby tylko nie musiała się martwić o powietrze, które przecież i ją musiało ograniczać. Zaraz mógł wymyślić jej coś więcej - przerobić inne rzeczy w płetwy albo stworzyć szybko prowizoryczny harpun lub włócznię, by łatwiej było walczyć pod wodą, niż sztyletem. Przecież mógł ją wspierać na wiele innych sposobów, skoro brakowało mu fizycznych możliwości. I zamierzał. Zamierzał zadbać, by jego osoba nie była dla niej ciężarem.
Rzuty na Transmutację, żeby zrobić maskę do oddychania
Sukces!
Akcja nieudana