Zagościła ciemność nad jego światem. Pochłonęła go, wypluła, zmemlała. Mógł w niej zostać, to nic - była lepsza niż większość rzeczy, o jakie mógł prosić. Lepsza od większości stanów, w jakie potrafił w swoim zdziwaczeniu wpadać. Tkwienie w "nic" było lepsze od tkwienia w "czymś". Moment, w którym "nic" stawało się "czymś" było najgorszym momentem w tej błogosławionej pustce. Tu nie było bezpiecznie, bo nie był tutaj sam. W swojej własnej głowie, w tym nienaruszalnym królestwie, w którym tkwiła puszka Pandory. Jedna, druga, trzecia - a każda z nich opatrzona wiekami sekretów, które nie powinny zostać poznane. Zakazane słodkości i rzygowiny mieszające się razem, stanowiące obrzydliwy zlep przeszłości z rokowaniami na teraźniejszość i wkładające w dłoń klucze do nowych dróg przyszłości. To wszystko tam tkwiło. Jedna z nich opatrzona była imieniem i nazwiskiem Geraldine Yaxley, ale w niej wcale nie kryło się wiele brzydkich brudów, bo Bletchley nigdy nie chciał i nie próbował po nie sięgać. A jednak tam była. Gotowa do tego, żeby przyjąć tajemnice i zacząć mnożyć możliwości, jakie ich posiadanie by pozwoliło.
Bestia zrodzona z tych czeluści nie była jednak zainteresowana puszką Geraldine Yaxley. Minęła ją bezwiednie. Mijała też wszystkie pozostałe - nie chciała wiedzy o Śmierciożercach, nie chciała sekretów Zakonu Feniksa, nie interesowały ją pliki wyjęte z biura aurorów. Nie chciała tego wszystkiego. Obojętność przechodzenia pomiędzy półkami nie była wynikiem jej brakiem zainteresowania. Ta bestia po prostu doskonale wiedziała, czego szukała.
Ciemna, wilgotna komnata odcinała wszystkie sekrety i tajemnice i zostawiała tylko jedną, najbardziej dla niej smakowitą. Caina Bletchleya. Mężczyznę, który spoglądał szeroko otworzonymi oczami, przerażony, na tę ruszającą się powłokę, która przelewała się dookoła niego i zmuszała go do śledzenia jej wzrokiem. Nie było drzwi, nie było okien. Ta przestrzeń była za mała dla ich dwójki - wiedział o tym on i wiedziała o tym istota, która gwałtem wtargnęła do jego głowy. Niczemu to nie przeszkadzało. Ta istota zamierzała go pożreć. Ciemność przybrała formę - coś, co chyba miało być człowiekiem, albo chociaż go imitować. Pozbawione oczu, pozbawione ust, z ciemną skórą równie wilgotną co ściany tej celi. Odejdź. Nie miał pod ręką różdżki, nawet nie mógł się osłonić, kiedy nastąpił pierwszy atak - kreatura nie zetknęła się z nim fizycznie, ale nie musiała. Coś wyrywało mu wnętrzności przez brzuch, chociaż wcale nie krwawił. Zimna ręka, lodowata, zaciskała się na jego sercu. Krew zwalniała i chłodniała, a siły ulatywały jak z balonika, z którego spuszczano powietrze. Cain nawet krzyczał - darł się z całej siły najpierw wołając imię Geraldine, później z bólu, a na końcu, kiedy już zwijał się embrionalnie na podłodze tylko łkał i płakał, błagając szeptem o koniec. Wszystko. Wszystko, tylko nie to. To jedyne prawdziwe, gorące uczucie, które rozświetlało ten mrok, to całe ciepło, jakie posiadał, ta cała miłość i całe dobro, które otrzymał, te bezcenne wspomnienia z Flynnem, które przywoływał, kiedy wszystko było zbyt ciężkie - to wszystko przepadało. Po prostu.. rozpływało się w nicość.
Thoran uśmiechnął się szalenie, z wyższością patrząc na nieprzytomnego hipnotyzera, którego właśnie zbierała Geraldine z podłogi. Nadal się nie ruszył - siedział na swoim miejscu jakby nigdy nic, uśmiechnięty teraz od ucha do ucha. Cain wyglądał, jakby spał, kiedy go wynosiła z pokoju. I kiedy zaraz tutaj wróci, jeśli w ogóle, to jego już nie będzie. Będzie tylko uchylone okno i wiatr rozdmuchujące te kartki po podłodze oraz zgaszone światło.
Bletchley się ocknął jeszcze w jej ramionach, zanim dobrze położyła go na swoim łóżku. Ocknął to dobre słowo, bo jego oczy były puste. Bez większego kontaktu z rzeczywistością. Zaczął się trząść, jakby było mu zimno.
- ...nn... - Chciał coś powiedzieć. Z jego oczu toczyły się łzy. - Flynn... - Powoli jednak i do tych oczu wracało światło.