W oczach Bletchleya moralność miała wartość estetyczną - zabij motyla, będziesz złoczyńcą. Zabij karalucha - ozwą cię bohaterem. Nie zawsze za moralnością kryła się logika i nie zawsze ścieżka, którą idziesz, podyktowana była prawością. Czy więc uzyskamy rozgrzeszenie, gdy przyjdzie do sądu, skoro cel był prawy i godny? Geraldine nie szukała zwady, nie chciała niszczyć podejmując to, co było w istocie moralnie wątpliwe - rodzinę powinno się kochać, powinno się ją szanować. Na rodzinę powinieneś zwracać większą uwagę i bardziej się jej poświęcać. Więc to robiła teraz ta kobieta - poświęcała się. Naruszała własne przekonania, liczyła się z tym, że brat może jej tego nie wybaczyć. Bo mógł nie wybaczać. Mógł spojrzeć na nią z poczuciem dogłębnej zdrady - przecież nawet powinien. były granice, których nie wolno naruszać, szczególnie w rodzinie. Tak by się wydawało, bo Cain niekoniecznie miał ten problem. Nie wykorzystywał przewag, jakie posiadał, przeciwko rodzinie, dopóki nie uznał tego za niezbędne. Rozumiał więc dobrze mechanizm, jaki teraz prowadził Geraldine i był ostatnią osobą, która by oceniała, że robi źle. Wystarczyło, że ona sama sobie to robiła - wątpiła i zaciskała tę pięść na swoim sercu. Zaraz ją rozluźniała. Zaciskała. Rozluźniała znów. To nie był rytm jego bicia, ale wystarczył, by płynęła krew. Wystarczył, żeby nie wątpiła, że musi to zrobić, bo większą krzywdą byłoby pozostawienie brata samemu sobie. To było godne podziwu. Dlatego zaraz Cain był pierwszą osobą gotową ją w pełni w tym wspierać.
- Myślisz, że ostatnio się trochę... oddalamy? Może to przez Gerarda. - Zamarudził i westchnął nawet ciężko. Tylko że smutek nie barwił tej czerni mimo tego, że smutny się zdawał. Tak, jakby Bletchleya tutaj wcale nie był. A był. Siedział ciągle w tym samym miejscu, nieszczególnie się ruszał i ciągle uśmiechał w ten typowy dla siebie sposób. Nie odzywał i nie wtrącał, bo nie jego rolą było zagranie tego przedstawienia. Mógł się wtrącić, jeśli by tego potrzebowała Yaxley, ale nie pomyślał nawet, że będzie taka konieczność. Zdawał sobie sprawę z tego, że tę dwójkę łączyło nawet coś więcej niż po prostu rodzinna więź. To było coś bliższego. Kiedyś pięknego. Teraz..? Teraz przyglądał się czarnej chmurze, która była aurą Thorana. I to już wystarczyło, żeby wiedział, jak bardzo jest źle. Jeśli ta osoba była Thoranem, a nie kimś podszywającym się pod niego, to właściwie już można było uznać, że przestał nim być. Upadł. Tak nisko i żałośnie, że dla Caina był do straty. Bo z czerni się już nie wracało. Tam się tylko kończyło swój żywot. - Niee ma czego pokazywać. Żebyś się jeszcze mądrzyła "o a tu to tak powinieneś zrobić"? - Powiedział to w żartach, przedrzeźniając się z nią, ale wcale nie chował jednocześnie tych karteluszek. Wręcz przeciwnie, przesunął się trochę z krzesłem tak, żeby naprawdę mogła podejść. Na następne zagadnienie nie odpowiedział. Geraldine skoczyła do przodu, a on automatycznie i odruchowo zesztywniał i zrobił wielkie oczy - z przerażenia. - G-ger? Zwariowałaś? - Jeśli było mu do śmiechu i żartów, jak niemal zawsze, w zasadzie gdyby nie jego aura i to, jak dobrze znał Geraldine, to zastanawiałby się, czy ta nie próbuje go w coś wkręcić. - Ałaa... uspokój się, na brodę Merlina... jak chciałaś mnie zahipnotyzować to wystarczyło słowo! Nie musisz mnie miażdżyć! - Nie próbował się wyrywać, chociaż przez moment próbował się jakby bardziej... poprawić w jej uścisku.
Cain rozwinął wahadło i wstał z miejsca stając przed Thoranem. Wprawił wahadło w ruch. Jedno machnięcie. Drugie. Trzecie. Powieki Caina z wolna opadały. Opuścił nieco głowę, a Thoran przestał się ruszać i odzywać, gapiąc w wahadełko. Wszystko wydawało się być okej.
Dopóki ciało Bletchleya zupełnie się nie rozluźniło i nie poleciał bezwładnie na ziemię.