22.05.2024, 00:08 ✶
Millie oberwała ciastem. Upuściła kije na końcu stołu od strony Warowni i szarżuje na Alastora, który siedzi na niegejowym, niebieskim kocu
Och, ukradła wszystkie kije, jakie to było mądre. I głupie. Bardzo głupie, bo przecież potykała się o własne nogi i nie mogła złapać kolejnych słodkich ładunków, które wszak tylko czekały żeby...
...tak gdzieś na krańcu stołu upuściła wszystkie flamingi. Nie zostawiła sobie ani jednego, być może dlatego, że nie zdawała sobie świadomości ze swojej przewagi. Te ptaki były takie różowe, w ogóle czyj to był pomysł? Chyba jej, ale nie ważne. Czy nie mieli napierdalać w te wiszące z drzew jeże?
– Następnym razem HardDICK to się zastanów gdzie machasz tą swoją pałą kurwa!– ryknęła, na bogu ducha winną Alicję, która pewnie zamierzała się po prostu bronić przed niesprawiedliwym atakiem ze strony... kart. Oni byli tylko zwykłą talią kart. Ale poczuła spojrzenie, jak kotwicę zatopioną w jej istnieniu. Tak bardzo nie chciała, żeby weszło jej w nawyk umieranie, ciężko jednak było nie zauważyć, jak skutecznie skupiała na sobie jego uwagę wtedy, gdy tańczyła na krawędzi życia i śmierci. Wtedy był tylko jej i było to słodkie, ach tak, słodkie jak rzucone przez Thomasa Twardopałkowego ciasto które rozmazywało się na jej klatce piersiowej (bo o cyckach w tym przypadku ciężko byłoby cokolwiek powiedzieć), maślano-cytrynowa masa, która nadała nieco bieli kobiecie-kot odzianej w czerń. A on tak po prostu, pomimo tego chaosu tak siedział i palił fajkę, jak on tak mógł ten Alastor, taki przejęty, taki dorosły, taki znów zmartwiony i czujny. Złapała mocno ciasto i ruszyła biegiem już bez balastu kijów, po przekątnej, byle tylko wyminąć Brennę i wskoczyć na niego, świeżym ciastem bezowym jak się okazało w twarz, całą sobą uwaloną, we wtuleniu kremem w koszulę.
Och, ukradła wszystkie kije, jakie to było mądre. I głupie. Bardzo głupie, bo przecież potykała się o własne nogi i nie mogła złapać kolejnych słodkich ładunków, które wszak tylko czekały żeby...
...tak gdzieś na krańcu stołu upuściła wszystkie flamingi. Nie zostawiła sobie ani jednego, być może dlatego, że nie zdawała sobie świadomości ze swojej przewagi. Te ptaki były takie różowe, w ogóle czyj to był pomysł? Chyba jej, ale nie ważne. Czy nie mieli napierdalać w te wiszące z drzew jeże?
– Następnym razem HardDICK to się zastanów gdzie machasz tą swoją pałą kurwa!– ryknęła, na bogu ducha winną Alicję, która pewnie zamierzała się po prostu bronić przed niesprawiedliwym atakiem ze strony... kart. Oni byli tylko zwykłą talią kart. Ale poczuła spojrzenie, jak kotwicę zatopioną w jej istnieniu. Tak bardzo nie chciała, żeby weszło jej w nawyk umieranie, ciężko jednak było nie zauważyć, jak skutecznie skupiała na sobie jego uwagę wtedy, gdy tańczyła na krawędzi życia i śmierci. Wtedy był tylko jej i było to słodkie, ach tak, słodkie jak rzucone przez Thomasa Twardopałkowego ciasto które rozmazywało się na jej klatce piersiowej (bo o cyckach w tym przypadku ciężko byłoby cokolwiek powiedzieć), maślano-cytrynowa masa, która nadała nieco bieli kobiecie-kot odzianej w czerń. A on tak po prostu, pomimo tego chaosu tak siedział i palił fajkę, jak on tak mógł ten Alastor, taki przejęty, taki dorosły, taki znów zmartwiony i czujny. Złapała mocno ciasto i ruszyła biegiem już bez balastu kijów, po przekątnej, byle tylko wyminąć Brennę i wskoczyć na niego, świeżym ciastem bezowym jak się okazało w twarz, całą sobą uwaloną, we wtuleniu kremem w koszulę.