21.05.2024, 19:02 ✶
— Ale żeby mi od razu coś takiego insynuować — żachnął się niby obrażony, gdy Millie godziła, w żartach co prawda, ale jednak godziła, w jego wróżbiarską dumę. — A może za mocno mi na tobie zależy, żeby się wystarczająco zdystansować i zrobić to czysto, co?
A może nigdy tego nie sprawdziłem?
Jak już ustaliliśmy, Peregrinus w tej materii (choć nie tylko tej) był tchórzem. Wolał nie wiedzieć, nie angażować się, nie zaczynać trudnych tematów. Oczywiście nie przyznawał tego wprost sobie i innym: on po prostu czekał na odpowiedni moment, gdy będzie na siłach zmierzyć się z problemem. A — spójrzmy prawdziwe w oczy — na siłach (jakichkolwiek) to on nie był nigdy.
Zerkanie w przyszłość Millie po sabacie — podobnie jak przyjście do Lecznicy, gdy poprawił się jej stan — trafiło więc do osobistego limba Peregrinusa Trelawneya. Kotłowały się tam wszystkie sprawy, które mężczyzna powinien dawno załatwić, ale… co jeśli wynik będzie przykry? Lepiej dzień w dzień dawać się kąsać zgryzocie, zamiast rozprawić się z frasunkami raz, a dobrze, czyż nie?
Millie grała zbyt ważną rolę w jego życiu, żeby był gotów w kartach ujrzeć wydany na nią wyrok.
Gdy Moody szukała po pokoju ubrania, Peregrin skorzystał z okazji, aby wyciągnąć z torby płaskie, białe pudełeczko.
— Skoro już jesteśmy przy szkicowniku, przyniosłem ci coś. — Pudełeczko wysunięte w jej stronę mieściło się w całości na dłoni Peregrinusa, a na wieczku wygrawerowane było logo firmy tworzącej materiały dla plastyków. — Mam nadzieję, że pozwolą ci tu zatrzymać. I że będzie w porządku. Nie mam o tym wszystkim pojęcia, ale takie mi doradzono w sklepie.
Włożył je w rękę kuzynki, tę zabandażowaną. Zamknął na chwilę jej dłoń, na której spoczywał teraz prezent, między swoimi dłońmi, i choć posłał jej przy tym łagodny uśmiech, nie skomentował w żaden sposób opatrunku. Nie było trudno domyślić się, że bandaż skrywał coś, co nie powstało w czasie Beltane, a mając ogólne pojęcie o stanie Moody, Trelawney ukuł swoje teorie. Nie miał jednak potrzeby dociekania, pouczania czy zalewania żalem; przecież Millie doskonale wiedziała, że to nic dobrego. Zależało mu tylko, aby delikatnie zaakcentować, że widzi i jest z nią.
Co do zaś zawartości pudełeczka: Peregrinus postawił na najbardziej kompaktowe, a zarazem uniwersalne farby — coś, co ekspedientka nazwała podróżnym zestawem. Wybrał właśnie ten, mając na uwadze, że w Lecznicy Millie nie będzie miała miejsca trzymać wszystkich swoich tubek i puch z farbami. W środku był pędzelek oraz kilkanaście półkostek akwareli dobrej jakości, zapewniających bazową gamę, z której można było zmieszać niemal wszystko.
— Chodźmy — przytaknął wróżbita. — Choć wolałbym, żebyśmy nie musieli udawać.
Och, gdyby tak zabrać ją stąd. Nie chciał, żeby po ich spotkaniu na powrót pożarły ją ściany Lecznicy Dusz. Te okropne ściany próbujące usilnie imitować bezpieczny zakątek, w którym znajdujesz ukojenie. Fałszywe ściany przesiąknięte na wskroś bólem, którego smród przebija spod kamuflujących go bielutkich tynków i gładzi.
Tym jednak martwić się będą później, a tymczasem udało im się zostawić za sobą przygnębiający gmach, pętlę, matkę i ściany. Świeże powietrze przyszpitalnego ogródka rozwiało resztki wcześniejszego koszmaru. Klucząc ścieżką ku najbardziej oddalonej od murów Lecznicy ławce, Peregrinus nie mógł powstrzymać się, aby nie zerkać co chwilę kątem oka na Millie.
— Powinnaś się właśnie zaczynać pakować, w poniedziałek byśmy już byli na szlaku, a ty wywinęłaś taki numer — rzucił żartobliwie na rozluźnienie atmosfery, mając nadzieję, że nie przyniesie to odwrotnego do zamierzonego skutku i nie przybije kuzynki jeszcze bardziej. — Chciałem to wszystko odwołać... ale chyba jednak jadę — dodał z nutą pobrzmiewającą poczuciem winy.
A może nigdy tego nie sprawdziłem?
Jak już ustaliliśmy, Peregrinus w tej materii (choć nie tylko tej) był tchórzem. Wolał nie wiedzieć, nie angażować się, nie zaczynać trudnych tematów. Oczywiście nie przyznawał tego wprost sobie i innym: on po prostu czekał na odpowiedni moment, gdy będzie na siłach zmierzyć się z problemem. A — spójrzmy prawdziwe w oczy — na siłach (jakichkolwiek) to on nie był nigdy.
Zerkanie w przyszłość Millie po sabacie — podobnie jak przyjście do Lecznicy, gdy poprawił się jej stan — trafiło więc do osobistego limba Peregrinusa Trelawneya. Kotłowały się tam wszystkie sprawy, które mężczyzna powinien dawno załatwić, ale… co jeśli wynik będzie przykry? Lepiej dzień w dzień dawać się kąsać zgryzocie, zamiast rozprawić się z frasunkami raz, a dobrze, czyż nie?
Millie grała zbyt ważną rolę w jego życiu, żeby był gotów w kartach ujrzeć wydany na nią wyrok.
Gdy Moody szukała po pokoju ubrania, Peregrin skorzystał z okazji, aby wyciągnąć z torby płaskie, białe pudełeczko.
— Skoro już jesteśmy przy szkicowniku, przyniosłem ci coś. — Pudełeczko wysunięte w jej stronę mieściło się w całości na dłoni Peregrinusa, a na wieczku wygrawerowane było logo firmy tworzącej materiały dla plastyków. — Mam nadzieję, że pozwolą ci tu zatrzymać. I że będzie w porządku. Nie mam o tym wszystkim pojęcia, ale takie mi doradzono w sklepie.
Włożył je w rękę kuzynki, tę zabandażowaną. Zamknął na chwilę jej dłoń, na której spoczywał teraz prezent, między swoimi dłońmi, i choć posłał jej przy tym łagodny uśmiech, nie skomentował w żaden sposób opatrunku. Nie było trudno domyślić się, że bandaż skrywał coś, co nie powstało w czasie Beltane, a mając ogólne pojęcie o stanie Moody, Trelawney ukuł swoje teorie. Nie miał jednak potrzeby dociekania, pouczania czy zalewania żalem; przecież Millie doskonale wiedziała, że to nic dobrego. Zależało mu tylko, aby delikatnie zaakcentować, że widzi i jest z nią.
Co do zaś zawartości pudełeczka: Peregrinus postawił na najbardziej kompaktowe, a zarazem uniwersalne farby — coś, co ekspedientka nazwała podróżnym zestawem. Wybrał właśnie ten, mając na uwadze, że w Lecznicy Millie nie będzie miała miejsca trzymać wszystkich swoich tubek i puch z farbami. W środku był pędzelek oraz kilkanaście półkostek akwareli dobrej jakości, zapewniających bazową gamę, z której można było zmieszać niemal wszystko.
— Chodźmy — przytaknął wróżbita. — Choć wolałbym, żebyśmy nie musieli udawać.
Och, gdyby tak zabrać ją stąd. Nie chciał, żeby po ich spotkaniu na powrót pożarły ją ściany Lecznicy Dusz. Te okropne ściany próbujące usilnie imitować bezpieczny zakątek, w którym znajdujesz ukojenie. Fałszywe ściany przesiąknięte na wskroś bólem, którego smród przebija spod kamuflujących go bielutkich tynków i gładzi.
Tym jednak martwić się będą później, a tymczasem udało im się zostawić za sobą przygnębiający gmach, pętlę, matkę i ściany. Świeże powietrze przyszpitalnego ogródka rozwiało resztki wcześniejszego koszmaru. Klucząc ścieżką ku najbardziej oddalonej od murów Lecznicy ławce, Peregrinus nie mógł powstrzymać się, aby nie zerkać co chwilę kątem oka na Millie.
— Powinnaś się właśnie zaczynać pakować, w poniedziałek byśmy już byli na szlaku, a ty wywinęłaś taki numer — rzucił żartobliwie na rozluźnienie atmosfery, mając nadzieję, że nie przyniesie to odwrotnego do zamierzonego skutku i nie przybije kuzynki jeszcze bardziej. — Chciałem to wszystko odwołać... ale chyba jednak jadę — dodał z nutą pobrzmiewającą poczuciem winy.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie