Zawsze preferował, żeby wszystko dookoła pachniało fiołkami i różami. Nokturn taki nie był. Nie był nadmiernie czysty, nie był rozjaśniony, nie tętnił tak życiem, a wieczorem strach było przechadzać się po tych uliczkach. Bał się tego nawet za dnia, dlatego nie rozstawał się na tych uliczkach z Dumą - wielkim, metrowym jarczukiem o czarnym ubarwieniu, złotych ślepiach i złotych oczach. Nie miał na szyi obroży - nosił mocne, skórzane szelki zrobione przez rzemieślniczego mistrza, który swoją pracownię również miał na Nokturnie. Jeszcze trochę i Prewett stanie się tutaj częstszym bywalcem, chociaż miał nadzieję raczej omijać te okolice. Kiedyś był tutaj zdecydowanie za często. Więc nie było tu pięknie, a i tak wchodząc do takich miejsc jak Olibanum odnajdywał w nich unikalny klimat. Powietrze było tu dość ciężkie od zapachów świec i kadzideł, które piękniły się na wystawach, albo leżały uporządkowane w pudełkach. Lubił to, jaki porządek tu panował. Możliwość przyglądania się poszczególnym produktom zachęcała wręcz do tego, żeby spróbować tego, tamtego, owego... Wszystko, co na widoku - a co można było dostać pod ladą? Bardzo, bardzo wiele ciekawych rzeczy, których Laurent potrzebował między innymi do rytuału, by powołać do życia tę bestię, której jedno kłapnięcie szczęk łamało kości. Teraz ta bestia grzecznie stała przy nodze swojego pana i wywalała jęzor na wierzch, łapiąc powietrze w nozdrza. Lecz rzeczywiście - nie znał nawet trzech czwartych tego, co można było tutaj uzyskać, bo przychodził tutaj jak dotąd po kadzidła. Niekoniecznie całkowicie normalne, niekoniecznie takie, które chcesz kupować w sklepie i dzielić się z tym światem. Szczególnie, kiedy walczył z odstawieniem narkotyków i potrzebował wszystkiego co by mu w tym pomogło.
- Uznałem, że wolałby Pan, żebym nie zostawiał go przed drzwiami do sklepu. - Przeszedł do niewielkiego gabinetu i do wolnego krzesła. Usiadł on, usiadł i jarczuk nawet bez konieczności wydawania mu jakiegoś polecenia. - Jest dobrze wytresowany. - Ludzie zazwyczaj woleli to usłyszeć - upewnić się, że pies nie rzuci się na nich, kiedy, no nie wiem, chociażby kichną. Że to zwierzę nie zepnie się, nie zestresuje i nie zrobi czegoś, czego potem wszyscy będą żałowali. - Nie docenia pan własnych zdolności krasomówczych? - Uśmiechnął się delikatnie przy tym pytaniu, bo oczywiście był to lekki żart. Laurent nie chadzał po tej ulicy przypadkiem, chociaż niekoniecznie Mulciber musiał o tym wiedzieć, za to jasne było, że nie łączyła ich żadna relacja na tyle bliska (jeszcze?), żeby mówić o wpadaniu do siebie na herbatkę i pogadanie o tym, co tam na świecie/w Londynie/w życiu słychać.
- Szukam silnych, uspakajających kadzideł. Kiedyś już od pana je brałem... niestety nie pamiętam, jakie to były dokładnie, o ile nadal pan sprzedaje te same. - W końcu to się zmieniało, a i formuły ulegały poprawianiu. Lekko machnął ręką, dając znać, że to nawet nie jest istotne było to, że potrzebował takich kadzideł. Bo je można było dostać tutaj i nie była potrzebna pojenia się eliksirami. - Ponadto chciałem zapytać, czy to w ogóle jest wykonalne... - Coś nietypowego, albo może właśnie całkowicie typowego - nie był pewien. Ludzie zazwyczaj dobrowolnie nie chcieli rezygnować z darów, jakie mieli. - Dotyczy mnie mnie przypadłość wrażliwości na kontakt z Limbem, z duchami. Odpowiednie świece rytualne ułatwiają ten proces, natomiast czy możliwe jest nabycie świec, które pozwolą proces całkowicie odwrócić i zamknąć się na kontakt z takim światem? - Resztę rytuału już pozostawiał na sobie. Ot i była delikatność tej sprawy. - Drugi problem dotyczy jeszcze bardziej specyficznej rzeczy. Nieustannie słyszę zew morza. Być może brzmi to abstrakcyjnie, ale problem jest bardzo realny. Nie ma na to wspaniałych rozwiązań czarów ani eliksirów. Więc może u Pana znajdę coś, co sobie z tym problemem poradzi.