24.12.2022, 11:53 ✶
Słysząc swoje imię, uniosła głowę. Nie była zbyt zdziwiona, że ktoś ją rozpoznała – Brenna wprawdzie nigdy nie była królową towarzystwa, ale już tą, którą w tym towarzystwie niemal każdy znał, bo prawdopodobnie przynajmniej raz próbowała zagadać go na śmierć: owszem. Jeżeli szło o Victorię, były na jednym roku w Hogwarcie, wprawdzie w domach toczących tradycyjną wojnę, tylko podsycaną przez nauczycieli, ale Brenna w szkole nienawidziła Ślizgonów jakoś mało gorąco, a potem skończyły w jednym Departamencie. Ciężko więc było się nie kojarzyć.
- Cześć – przywitała się, gdy rozpoznała Victorię, a jej usta rozciągnęły się w przyjaznym uśmiechu, zwykle demonstrowanym znajomym. Dmuchnęła, kiedy ciemny lok wymsknął się z rozczochranej fryzury i opadł na twarz, oczywiście nie uzyskując przy tym zamierzonego efektu, czyli pozbycia się go z oka i ust. – Zawierałam właśnie bliską przyjaźń z blatem, staraliśmy się poznać trochę lepiej – wyjaśniła ze śmiertelną powagą, jakby faktycznie właśnie tym się zajmowała. – Ale ciebie znam dłużej niż jego, poza tym okazał się jakoś bardzo mało rozmowny, więc mogę porzucić to zajęcie. Szukasz miejsca? – zapytała, prostując się. Przeciągnęła się, aż strzeliły kości.
- Mam wrażenie, że ktoś postanowił obchodzić tutaj urodziny – dodała kobieta, kciukiem wskazując jeden z pobliskich stolików, a właściwie trzy pobliskie stoliki, połączone teraz w jeden, przy których zasiadała gromada mężczyzn pomiędzy dwudziestym a trzydziestym rokiem życia. Stało tam sporo kufli z piwem i wznoszono toasty. – Normalnie jest tu tylko parę dziwadeł, to znaczy takich dziwadeł, jak ja, a dziś to chyba najpopularniejsze miejsce w Londynie. Ukradli mi już prawie wszystkie krzesła, więc jeżeli jesteś zainteresowana, zaklepuj to ostatnie, bo jestem pewna, że na nie pożądliwie zerkają – oświadczyła, wskazując na to jedno jedyne, które się ostało, w sam raz dla Victorii, bo dwa pozostałe, zwykle stojące przy tym stoliku, zaginęły w tajemniczych okolicznościach. Cóż, jeżeli Victoria faktycznie planowała się przysiąść, miała gwarantowane jedno: milczenia prawdopodobnie nie będzie. Brenna być może umiała milczeć, ale jeżeli tak, to ta umiejętność była jej najbardziej tajną bronią, rzadko demonstrowaną światu.
- Cześć – przywitała się, gdy rozpoznała Victorię, a jej usta rozciągnęły się w przyjaznym uśmiechu, zwykle demonstrowanym znajomym. Dmuchnęła, kiedy ciemny lok wymsknął się z rozczochranej fryzury i opadł na twarz, oczywiście nie uzyskując przy tym zamierzonego efektu, czyli pozbycia się go z oka i ust. – Zawierałam właśnie bliską przyjaźń z blatem, staraliśmy się poznać trochę lepiej – wyjaśniła ze śmiertelną powagą, jakby faktycznie właśnie tym się zajmowała. – Ale ciebie znam dłużej niż jego, poza tym okazał się jakoś bardzo mało rozmowny, więc mogę porzucić to zajęcie. Szukasz miejsca? – zapytała, prostując się. Przeciągnęła się, aż strzeliły kości.
- Mam wrażenie, że ktoś postanowił obchodzić tutaj urodziny – dodała kobieta, kciukiem wskazując jeden z pobliskich stolików, a właściwie trzy pobliskie stoliki, połączone teraz w jeden, przy których zasiadała gromada mężczyzn pomiędzy dwudziestym a trzydziestym rokiem życia. Stało tam sporo kufli z piwem i wznoszono toasty. – Normalnie jest tu tylko parę dziwadeł, to znaczy takich dziwadeł, jak ja, a dziś to chyba najpopularniejsze miejsce w Londynie. Ukradli mi już prawie wszystkie krzesła, więc jeżeli jesteś zainteresowana, zaklepuj to ostatnie, bo jestem pewna, że na nie pożądliwie zerkają – oświadczyła, wskazując na to jedno jedyne, które się ostało, w sam raz dla Victorii, bo dwa pozostałe, zwykle stojące przy tym stoliku, zaginęły w tajemniczych okolicznościach. Cóż, jeżeli Victoria faktycznie planowała się przysiąść, miała gwarantowane jedno: milczenia prawdopodobnie nie będzie. Brenna być może umiała milczeć, ale jeżeli tak, to ta umiejętność była jej najbardziej tajną bronią, rzadko demonstrowaną światu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.