19.05.2024, 15:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.05.2024, 15:58 przez Charlotte Kelly.)
– Johnny, czyś ty upadł na głowę? – spytała Charlotte, unosząc lekko jasne, starannie wyregulowane brwi. – Czy ja kiedykolwiek przejmowałam się tym, co wypada?
Bo oczywiście, nie chodziło o poganianie starszych. Ani myślała wspominać o tym drobnym fakcie, że to ona jako pierwsza przekraczała barierę kolejnego roku. To było coś, z czego mogła być dumna w Hogwarcie, ale już po trzydziestce nie przynosiło choćby grama satysfakcji. Upływ czasu, nawet jeżeli dzięki cudownym specyfikom Potterów i dobrym genom nie pozostawiał bardzo wielu śladów na ciele i twarzy, był bolesny dla kogoś tak próżnego jak Charlotte.
Chyba pod względem tego przywiązania uwagi do własnego wyglądu, umiłowania do pięknych rzeczy i odrobiny próżności cała ich czwórka dobrała się jak w korcu maku. Mogli albo się zaprzyjaźnić, albo zacząć drzeć koty.
Przesuwała spojrzeniem między nimi, gdy tłoczyli się wokół wielkiego tortu, na dłużej zatrzymując wzrok na Morpheusie i Anthonym. Jonathan ledwo co twierdził, że z tym drugim absolutnie coś nie tak, ale Charlotte nie mogła dopatrzeć się żadnych odznak przygnębienia większego niż to, jakie towarzyszyło komuś, kto uświadamiał sobie (po raz kolejny), że młodszy już nie będzie. A pochlebiała sobie, że prawdopodobnie miałaby spore szanse wychwycić oznaki tego, że dzieje się coś niedobrego. Znała ich w końcu dobrze, a i lubiła myśleć, że jest osobą całkiem spostrzegawczą. Jeśli szło o Morpheusa: tu sprawa była bardziej skomplikowana, ale on zaledwie kilka miesięcy temu stracił brata, i zdawało się, że zamęt, który zapanował w kraju po Beltane dawał się mu we znaki najbardziej z całej czwórki.
Charlotte pozwoliła sobie na przeciągłe westchnienie. Rodzina naprawdę go zepsuła: a mógłby być takim pragmatycznym mężczyzną.
– Bardzo chętnie, podzielę ten tort sprawiedliwie – obiecała, uśmiechając się do niego uroczo i nie pozostawiając ani grama wątpliwości wobec tego, kto dostanie największy kawałek i że nie będzie to żaden z dzisiejszych solenizantów. – Nigdy nie zrozumiem, co ciągnie was do Little Hangleton. To okropna miejscowość, pełna wariatów… och, zaraz, może właśnie o to chodzi – powiedziała, podnosząc się z miejsca i sięgając po nóż, po czym sprawnie ukroiła sobie bardzo, bardzo duży kawałek. Oni dostali mniejsze, choć bardziej był to po prostu drobny wybieg, by wyszło na jej: tort był w końcu tak wielki, że nie było szans, aby ktokolwiek nie mógł zjeść go tyle, ile dusza zapragnie. – Wszystkiego najlepszego, chłopcy, życzę wam, oby na waszej drodze stawały kobiety i mężczyźni prawie tak piękni jak ja. Wasze zdrowie – oświadczyła, podając im ich talerzyki, a potem sięgnęła po trunek. Drogie wina i szampany były czymś, czego brakowało jej przez te kilka lat w Stanach Zjednoczonych i doceniała wyrafinowany smak wybranego przez Shafiqa szampana. Czy wierzyła, że był to rocznik 29? Nie zastanawiała się nad tym. Każde z nich miewało usta pełne kłamstw, ale Anthony lubił drobną symbolikę.
Bo oczywiście, nie chodziło o poganianie starszych. Ani myślała wspominać o tym drobnym fakcie, że to ona jako pierwsza przekraczała barierę kolejnego roku. To było coś, z czego mogła być dumna w Hogwarcie, ale już po trzydziestce nie przynosiło choćby grama satysfakcji. Upływ czasu, nawet jeżeli dzięki cudownym specyfikom Potterów i dobrym genom nie pozostawiał bardzo wielu śladów na ciele i twarzy, był bolesny dla kogoś tak próżnego jak Charlotte.
Chyba pod względem tego przywiązania uwagi do własnego wyglądu, umiłowania do pięknych rzeczy i odrobiny próżności cała ich czwórka dobrała się jak w korcu maku. Mogli albo się zaprzyjaźnić, albo zacząć drzeć koty.
Przesuwała spojrzeniem między nimi, gdy tłoczyli się wokół wielkiego tortu, na dłużej zatrzymując wzrok na Morpheusie i Anthonym. Jonathan ledwo co twierdził, że z tym drugim absolutnie coś nie tak, ale Charlotte nie mogła dopatrzeć się żadnych odznak przygnębienia większego niż to, jakie towarzyszyło komuś, kto uświadamiał sobie (po raz kolejny), że młodszy już nie będzie. A pochlebiała sobie, że prawdopodobnie miałaby spore szanse wychwycić oznaki tego, że dzieje się coś niedobrego. Znała ich w końcu dobrze, a i lubiła myśleć, że jest osobą całkiem spostrzegawczą. Jeśli szło o Morpheusa: tu sprawa była bardziej skomplikowana, ale on zaledwie kilka miesięcy temu stracił brata, i zdawało się, że zamęt, który zapanował w kraju po Beltane dawał się mu we znaki najbardziej z całej czwórki.
Charlotte pozwoliła sobie na przeciągłe westchnienie. Rodzina naprawdę go zepsuła: a mógłby być takim pragmatycznym mężczyzną.
– Bardzo chętnie, podzielę ten tort sprawiedliwie – obiecała, uśmiechając się do niego uroczo i nie pozostawiając ani grama wątpliwości wobec tego, kto dostanie największy kawałek i że nie będzie to żaden z dzisiejszych solenizantów. – Nigdy nie zrozumiem, co ciągnie was do Little Hangleton. To okropna miejscowość, pełna wariatów… och, zaraz, może właśnie o to chodzi – powiedziała, podnosząc się z miejsca i sięgając po nóż, po czym sprawnie ukroiła sobie bardzo, bardzo duży kawałek. Oni dostali mniejsze, choć bardziej był to po prostu drobny wybieg, by wyszło na jej: tort był w końcu tak wielki, że nie było szans, aby ktokolwiek nie mógł zjeść go tyle, ile dusza zapragnie. – Wszystkiego najlepszego, chłopcy, życzę wam, oby na waszej drodze stawały kobiety i mężczyźni prawie tak piękni jak ja. Wasze zdrowie – oświadczyła, podając im ich talerzyki, a potem sięgnęła po trunek. Drogie wina i szampany były czymś, czego brakowało jej przez te kilka lat w Stanach Zjednoczonych i doceniała wyrafinowany smak wybranego przez Shafiqa szampana. Czy wierzyła, że był to rocznik 29? Nie zastanawiała się nad tym. Każde z nich miewało usta pełne kłamstw, ale Anthony lubił drobną symbolikę.