19.05.2024, 12:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.05.2024, 23:01 przez Anthony Shafiq.)
Pozostawał ślepy i głuchy na słowa Jonathana. Bardzo, ale to bardzo nie obchodziło go co mówił Selwyn, bo cokolwiek by powiedział i tak nie przyniosłoby ulgi. Anthony od lat miał tendencje do dramatyzowania, w końcu zgodnie ze słowami Morpheusa jego domeną był dwór kielichów, a te miały tendencje do rozlewania się. Oczywiście Shafiq wielokrotnie podkreślał, być może po to, aby zbić docinki, że mimo wszystko jest to dwór o silnie kobiecej energii, że kielichy są złote, a on tym złotem nigdy nie będzie gardził. Woda zapewniała płynność, wypełniała szczeliny, sprawiała że rzeczy toczyły się do przodu. Dawała życie. Obmywała bród. Bywała zabójcza...
A teraz woda zbierała mu się w szarych, pozbawionych chęci do życia oczach. Kiedy czuł się tak ostatnio, kiedy tak wyglądał? Był w stanie podać rok, miesiąc, dzień, żałobę, którą się okrył wtedy na tydzień, zaraz po ślubie, choć powód był odmienny. Edith i Lisa wyjechały oficjalnie razem z nim, on nieoficjalnie pozostał tu. Ten ogród wyglądał inaczej, nie było tylu rzeźb, nie było cyprysów, marmurów, tylko nieutulony żal. Tak musiało być. Tak musiało się stać.
Nie odtrącił dłoni przyjaciela, gest zrozumiał lepiej niż płynące bezsensowne słowa. Ściągnął go ku sobie, do swojego poziomu, zaciskając palce na eleganckiej koszuli. Ściągnął po to, by zmusić go do uścisku. Ciało odwykłe od dotyku, obolałe katorżniczymi treningami, a później podlewane obficie sfermentowanymi gronami, wyraziło swój sprzeciw, który został zignorowany. W pijackim stanie ani godność, ani rozum nie miały prawa głosu.
– Gdybym spotkał go znowu pierwszy raz, – wyszeptał nagle domagając się uścisku drugiego mężczyzny, domagając się schronienia, choć nie licząc na to, by ktokolwiek, by cokolwiek przyniosło mu ukojenie w cierpieniu.
– Ale w innym sadzie, w innym lesie -
Może by inaczej zaszumiał nam las
Wydłużony mgłami na bezkresie.... – proszę mówił coś o słowach, których potrzebował. O monologu. Proszę, czyż nie były to dobre słowa? Żałość przelewała się przez niego, ciężka głowa bujała na boki, lepka od łez.
Może innych kwiatów wśród zieleni bruzd
Jęłyby się dłonie dreszczem czynne -
Może by upadły z niedomyślnych ust
Jakieś inne słowa - jakieś inne... – wiedział, że z jego ust padło w tamtym czasie wiele słów i żadne ważne, żadne prawdziwe. A teraz było już po prostu za późno. Wszystko przepadło, a on w końcu z pełnią mocą zdał sobie sprawę jak bardzo go to boli. – Marność Jonathanie, wszystko marność. Przegrałem wszystko, moje życie warte tyle co liść na wietrze, nikt po mnie nie zapłacze, gdy odejdę stąd wreszcie – bełkotał w niesłabnącym rozgoryczeniu.
A teraz woda zbierała mu się w szarych, pozbawionych chęci do życia oczach. Kiedy czuł się tak ostatnio, kiedy tak wyglądał? Był w stanie podać rok, miesiąc, dzień, żałobę, którą się okrył wtedy na tydzień, zaraz po ślubie, choć powód był odmienny. Edith i Lisa wyjechały oficjalnie razem z nim, on nieoficjalnie pozostał tu. Ten ogród wyglądał inaczej, nie było tylu rzeźb, nie było cyprysów, marmurów, tylko nieutulony żal. Tak musiało być. Tak musiało się stać.
Nie odtrącił dłoni przyjaciela, gest zrozumiał lepiej niż płynące bezsensowne słowa. Ściągnął go ku sobie, do swojego poziomu, zaciskając palce na eleganckiej koszuli. Ściągnął po to, by zmusić go do uścisku. Ciało odwykłe od dotyku, obolałe katorżniczymi treningami, a później podlewane obficie sfermentowanymi gronami, wyraziło swój sprzeciw, który został zignorowany. W pijackim stanie ani godność, ani rozum nie miały prawa głosu.
– Gdybym spotkał go znowu pierwszy raz, – wyszeptał nagle domagając się uścisku drugiego mężczyzny, domagając się schronienia, choć nie licząc na to, by ktokolwiek, by cokolwiek przyniosło mu ukojenie w cierpieniu.
– Ale w innym sadzie, w innym lesie -
Może by inaczej zaszumiał nam las
Wydłużony mgłami na bezkresie.... – proszę mówił coś o słowach, których potrzebował. O monologu. Proszę, czyż nie były to dobre słowa? Żałość przelewała się przez niego, ciężka głowa bujała na boki, lepka od łez.
Może innych kwiatów wśród zieleni bruzd
Jęłyby się dłonie dreszczem czynne -
Może by upadły z niedomyślnych ust
Jakieś inne słowa - jakieś inne... – wiedział, że z jego ust padło w tamtym czasie wiele słów i żadne ważne, żadne prawdziwe. A teraz było już po prostu za późno. Wszystko przepadło, a on w końcu z pełnią mocą zdał sobie sprawę jak bardzo go to boli. – Marność Jonathanie, wszystko marność. Przegrałem wszystko, moje życie warte tyle co liść na wietrze, nikt po mnie nie zapłacze, gdy odejdę stąd wreszcie – bełkotał w niesłabnącym rozgoryczeniu.