18.05.2024, 11:16 ✶
Ostatecznie udało jej się zacisnąć paznokcie na grzbiecie książki. Szarpnęła raz - wolumin lekko się poruszył, ale przy okazji czarownica zachwiała się minimalnie.
- Powoli… I ostrożnie.
Czy pozycja na stołku była jakkolwiek bezpieczna? Absolutnie nie. Ale tak długo jak była w pełni skupiona - nie było żadnego problemu. Ten pojawił się dopiero, gdy Lorien usłyszała znajomy głos.
Pisnęła, bardzo brutalnie ściągnięta do rzeczywistości. Dźwięk przypominał bardziej ptasi skrzek niż cokolwiek co mogło wyjść z ludzkiego gardła - przeraźliwie wysoki i świdrujący w uszach. Na szczęście krótkotrwały, więc Richard nie cierpiał dłużej niż pół sekundy.
Złapała oddech.
Zerknęła nawet przez ramię, ale w półmroku i przez swoje własne ciemne włosy, które opadły jej na twarz, dostrzegła tylko zarys sylwetki męża. Nawet nie odpowiedziała na pytanie o magię.
Ona była tutaj; różdżka - zupełnie w innym miejscu. Chyba potrafił samodzielnie wydedukować, że w momencie gdy właziła na górę uznała, że wcale nie potrzebowała korzystać z magii. A kiedy już przyszło jej na myśl, że może jednak wrócić po różdżkę - było już trochę za późno.
Zaraz spadniesz.
- Nie spadnę.- Odparła uparcie, siłując się z książką jeszcze bardziej. Teraz to już na pewno nie mogła odpuścić. Szarpnęła ponownie. Tym razem mocniej.
Zejdź.
I znów napotkał się na wręcz dziecinny bunt.
- Dam. - szarpnięcie.- Sobie.- I kolejne.- Radę.- I jeszcze jedno.- Och.
Przy ostatnim książka rzeczywiście postanowiła ustąpić. Lorien obserwowała z rosnącym przerażeniem w oczach jak ta się wysuwa spomiędzy innych, przeważona własnym ciężarem. Lorien gibnęła się na stołku i zrobiła najgorszą rzecz, którą mogą - przeniosła dłoń dotychczas zaciśniętą na regale, na opasłe tomiszcze, zupełnie jakby miało jej teraz zapewnić większą stabilność.
Spoiler: nie zapewniło.
Pyk.
Ciężki prawniczy tom wyskoczył gładko z regału, ciągnąc w dół czarownicę, która nie była za żadne skarby w stanie go utrzymać.
Szybka kalkulacja - przemiana nie wchodziła w grę, co najwyżej uszkodziłaby się jeszcze bardziej - ptasi kark łamał się szybciej niż ludzki; zawołanie męża na pomoc - kompletnie wykluczone. Choćby miała się zabić, jej duma była ważniejsza. Sama tam wlazła, sama zlezie - nawet jeśli podróż miała być krótka. Nie mając innych opcji, zacisnęła tylko powieki, zagryzła zęby i docisnęła do piersi książkę, o którą tak walczyła. Mogła tylko liczyć, że upadek nie będzie szczególnie bolesny.
Oh well. Żegnaj okrutny świecie.
- Powoli… I ostrożnie.
Czy pozycja na stołku była jakkolwiek bezpieczna? Absolutnie nie. Ale tak długo jak była w pełni skupiona - nie było żadnego problemu. Ten pojawił się dopiero, gdy Lorien usłyszała znajomy głos.
Pisnęła, bardzo brutalnie ściągnięta do rzeczywistości. Dźwięk przypominał bardziej ptasi skrzek niż cokolwiek co mogło wyjść z ludzkiego gardła - przeraźliwie wysoki i świdrujący w uszach. Na szczęście krótkotrwały, więc Richard nie cierpiał dłużej niż pół sekundy.
Złapała oddech.
Zerknęła nawet przez ramię, ale w półmroku i przez swoje własne ciemne włosy, które opadły jej na twarz, dostrzegła tylko zarys sylwetki męża. Nawet nie odpowiedziała na pytanie o magię.
Ona była tutaj; różdżka - zupełnie w innym miejscu. Chyba potrafił samodzielnie wydedukować, że w momencie gdy właziła na górę uznała, że wcale nie potrzebowała korzystać z magii. A kiedy już przyszło jej na myśl, że może jednak wrócić po różdżkę - było już trochę za późno.
Zaraz spadniesz.
- Nie spadnę.- Odparła uparcie, siłując się z książką jeszcze bardziej. Teraz to już na pewno nie mogła odpuścić. Szarpnęła ponownie. Tym razem mocniej.
Zejdź.
I znów napotkał się na wręcz dziecinny bunt.
- Dam. - szarpnięcie.- Sobie.- I kolejne.- Radę.- I jeszcze jedno.- Och.
Przy ostatnim książka rzeczywiście postanowiła ustąpić. Lorien obserwowała z rosnącym przerażeniem w oczach jak ta się wysuwa spomiędzy innych, przeważona własnym ciężarem. Lorien gibnęła się na stołku i zrobiła najgorszą rzecz, którą mogą - przeniosła dłoń dotychczas zaciśniętą na regale, na opasłe tomiszcze, zupełnie jakby miało jej teraz zapewnić większą stabilność.
Spoiler: nie zapewniło.
Pyk.
Ciężki prawniczy tom wyskoczył gładko z regału, ciągnąc w dół czarownicę, która nie była za żadne skarby w stanie go utrzymać.
Szybka kalkulacja - przemiana nie wchodziła w grę, co najwyżej uszkodziłaby się jeszcze bardziej - ptasi kark łamał się szybciej niż ludzki; zawołanie męża na pomoc - kompletnie wykluczone. Choćby miała się zabić, jej duma była ważniejsza. Sama tam wlazła, sama zlezie - nawet jeśli podróż miała być krótka. Nie mając innych opcji, zacisnęła tylko powieki, zagryzła zęby i docisnęła do piersi książkę, o którą tak walczyła. Mogła tylko liczyć, że upadek nie będzie szczególnie bolesny.
Oh well. Żegnaj okrutny świecie.