16.05.2024, 19:13 ✶
Już miałem pęknąć, powiedzieć słowo czy dwa by nic nie mówił, by został w swojej strefie komfortu. Niestety, jego twarz była niczym otwarta księga, jeśli chodziło o emocje związane z tą sytuacją. Fala dyskomfortu, niechęci, przerażenia może nawet, przemknęła przez tę śliczną twarz, postarzając ją zapewne o parę dobrych lat. Ścisnąłem mocniej jego biedne ramiona, jak gdybym chciał tym samym przelać na niego siłę z siebie, choć zapewne miało to podziałać w zgoła inny sposób, gdyż Flynn czuł się w tej chwili najpewniej bardzo mały i bezbronny. A ja go zmuszałem do ciężkich rozmów... Których tak bardzo nie lubił... Wręcz unikał usilnie... Czy byłem w tej chwili bezdusznym kutasem...?
Pominąłem fakt, że dla mnie to również było ciężkie. Z tyłu głowy wciąż miałem tę wstrętną myśl, pewną obawę związaną z tym, że Flynn tak często powtarzał o tym, tak bardzo intensywnie, że jego przeszłość mnie zrazi do niego.. Tak często, iż obawiałem się tego, co mogę usłyszeć. Każde słowo wypowiadane przez Flynna było niczym stawianie kroków w kompletnym mroku, gdzie wkrótce mogłem stopą natrafić na pustkę, na przepaść, mogłem tam naprawdę polecieć, więc się bałem. Bałem się potężnie.
Tak bardzo, że ledwo do mnie docierało to, co mówił Flynn. A, o dziwo, mówił wiele. Odpowiadał na moje pytania i naprawdę starałem się zachowywać pokerową twarz, ale niewzruszenie rzucone kasowanie ludzi czy też fragment o wybraniu sobie Lukrecji odbił jednak piętno na mojej twarzy. Malował się na niej szok - za drugim razem jeszcze większy niż za pierwszym. Pojawiła się przy tym niepewność, zazdrość, poczucie bycia niedostatecznie dobrym w obliczu tak bogatej konkurencji. Pewnie gdyby nie fakt, że to ja miałem teraz Flynna w swoich ramionach, zapewne przyjąłbym to jeszcze gorzej. Wolałem sobie nie wyobrażać tego uczucia. Wolałem to przemilczeć.
Przemilczeć wszystko. Tak właściwie. Przyjąć do informacji, tak.
- A co się stało dokładnie w sierpniu sześćdziesiątego dziewiątego...? Rozumiem, że wtedy... zrobiliście... coś Dantemu? - zapytałem, otulając Flynna jeszcze bardziej. A bynajmniej próbując. Nie wiem, czy byłem w stanie tulić go do siebie jeszcze bardziej. Ta myśl o Lukrecji, o tym, że ją Flynn wybrał, nie dawała mi spokoju. To było złe, że w tym przejmowałem się bardziej, niż ludźmi Dantego, których życia ukrócił Flynn zapewne własnymi rękoma. A może to dlatego że nie potrafiłem sobie wyobrazić, ja ten bezbronny chłopak, chowający się w moich ramionach, byłby w stanie zrobić komukolwiek coś złego...? Mógłbym stwierdzić, że nie, to nie Flynn, ale przez chwilę widziałem ten jego wyraz twarzy, ten inny, bezduszny wyraz twarzy. - A ta Lukrecja... Platynowa Blondi... To też od niej masz tę książkę? Czy to jeszcze od innej osoby...? - dodałem, bo nie dawało mi to spokoju. Zacisnąłem wargi, mając nadzieję, że to mnie uchroni przed uzewnętrznianiem jakichkolwiek uczuć.
Pominąłem fakt, że dla mnie to również było ciężkie. Z tyłu głowy wciąż miałem tę wstrętną myśl, pewną obawę związaną z tym, że Flynn tak często powtarzał o tym, tak bardzo intensywnie, że jego przeszłość mnie zrazi do niego.. Tak często, iż obawiałem się tego, co mogę usłyszeć. Każde słowo wypowiadane przez Flynna było niczym stawianie kroków w kompletnym mroku, gdzie wkrótce mogłem stopą natrafić na pustkę, na przepaść, mogłem tam naprawdę polecieć, więc się bałem. Bałem się potężnie.
Tak bardzo, że ledwo do mnie docierało to, co mówił Flynn. A, o dziwo, mówił wiele. Odpowiadał na moje pytania i naprawdę starałem się zachowywać pokerową twarz, ale niewzruszenie rzucone kasowanie ludzi czy też fragment o wybraniu sobie Lukrecji odbił jednak piętno na mojej twarzy. Malował się na niej szok - za drugim razem jeszcze większy niż za pierwszym. Pojawiła się przy tym niepewność, zazdrość, poczucie bycia niedostatecznie dobrym w obliczu tak bogatej konkurencji. Pewnie gdyby nie fakt, że to ja miałem teraz Flynna w swoich ramionach, zapewne przyjąłbym to jeszcze gorzej. Wolałem sobie nie wyobrażać tego uczucia. Wolałem to przemilczeć.
Przemilczeć wszystko. Tak właściwie. Przyjąć do informacji, tak.
- A co się stało dokładnie w sierpniu sześćdziesiątego dziewiątego...? Rozumiem, że wtedy... zrobiliście... coś Dantemu? - zapytałem, otulając Flynna jeszcze bardziej. A bynajmniej próbując. Nie wiem, czy byłem w stanie tulić go do siebie jeszcze bardziej. Ta myśl o Lukrecji, o tym, że ją Flynn wybrał, nie dawała mi spokoju. To było złe, że w tym przejmowałem się bardziej, niż ludźmi Dantego, których życia ukrócił Flynn zapewne własnymi rękoma. A może to dlatego że nie potrafiłem sobie wyobrazić, ja ten bezbronny chłopak, chowający się w moich ramionach, byłby w stanie zrobić komukolwiek coś złego...? Mógłbym stwierdzić, że nie, to nie Flynn, ale przez chwilę widziałem ten jego wyraz twarzy, ten inny, bezduszny wyraz twarzy. - A ta Lukrecja... Platynowa Blondi... To też od niej masz tę książkę? Czy to jeszcze od innej osoby...? - dodałem, bo nie dawało mi to spokoju. Zacisnąłem wargi, mając nadzieję, że to mnie uchroni przed uzewnętrznianiem jakichkolwiek uczuć.