Panika niczemu nie służyła, nikomu nie pomagała. Nie panikował na tamtym statku, gdzie jeden z trupów rozdarł jego nogę i nie panikował, kiedy jeden z naśladowców Śmierciożerców wpadł do jego lasu. Nie panikował też tutaj. Nie było nad czym panikować, za to było nad czym płakać. Te konie, ich los, to wszystko, co działo się wokół i co było jakimś głupim, śmiesznym żartem jednego człowieka, a co zamieniało się w tragedię drugiego. Niektórych cieszyło właśnie to - ludzkie cierpienie. Bawili się dobrze tylko wtedy, kiedy mogli jak kleszcze pożywić się na czyimś szczęściu, na ich energii, na zdolności przetrwania nastawionej na proste życie. Nie, Laurent prosto nie żył, bo prostota jakoś nigdy nie wystarczyła. Ciągle czegoś brakowało, jakiejś ciepłej dłoni. Tej samej, która teraz go uspakajała i ścierała palcami łzy z policzków. Albo i innej. Jakiejkolwiek. Byle ta dłoń była w zasięgu, żeby dzieliła się tym swoim ciepłem z drugą osobą.
Chciał tak odtrącić tę dłoń jak i dalej do niej przylegać. Odtrącić, bo przecież kto by powiedział ktoś, kto zobaczyłby ich przy wymianie TAKICH gestów w nadmiarze? Pewne scenariusze pisały się same. Plotka do plotki, jedno czy drugie niedopowiedzenie. Ludzie kochali gadać. Kochali też dopisywać sobie scenariusze i tworzyć zupełne nowe w miejsca tych, które już istniały. Nic go w końcu nie łączyło z Isaaciem oprócz ewidentnej chęci poznania siebie wzajem. Na jakiej teraz płaszczyźnie? Skonfundowanie w głowie i chęć zakończenia pewnego etapu swojego życia, żeby wejść w nowy rozdział była kusząca. Tylko jak kusić siebie samego, kiedy bardziej kusiła taka dłoń..?
Przyjął chustkę z podziękowaniem i dał sobie drobną chwilę na odtajanie, zebranie się w sobie i otarcie twarzy. Otarł te słone łzy, element chyba boskości, skoro oceany również były słone, ale nie mógł teraz mu tej chustki zwrócić. Przecież wypadało, żeby najpierw ją wyprał. Poinstruował swojego obecnego pomocnika, jak to robić i sam zajął się resztą rumaków. Nie musieli bardzo długo czekać na to, aż zjawi się magiweterynarz. Laurent już z większym spokojem, dystansem wręcz, opowiedział, co się stało, choć nie miał wiele więcej do powiedzenia niż Bagshotowi. To wszystko trwało. Trwało to, jak Prewett skupił się na zwierzętach i tym, co robi sam medyk, żeby im pomóc, a co skutecznie odsuwało jego uwagę od gościa. Przeprosił raz jeszcze tylko Isaaca i obiecał, że zaraz do niego przyjdzie. I że jeśli zechce to może poczekać w jego biurze, dokąd gotowa byłą go poprowadzić ta sama pracownica, która wróciła z dzbankiem lemoniady i dwoma szklankami - jednym dla Isaaca, drugim dla samego Laurenta.
Ten czas więc płynął i umykał przez palce, ale przynajmniej koń jeden po drugim wstawały na nogi. Poczucie ulgi było wręcz wszechogarniające. Laurent przez moment podparł się o płot tak, jakby sekunda dłużej bez tej podpórki miała sprawić, że straci oparcie własnych nóg i kolana się pod nim ugną.
Dopiero, kiedy miał pewność, że koniom nic nie będzie i była to już tylko i wyłącznie dokończenie zaklęć i podanie mikstur przez weterynarza zwrócił się do Isaaca. O ile ten w ogóle miał cierpliwość tutaj czekać.
- Jeszcze raz cię przepraszam... chyba dziesiąty dzisiaj raz. - Uśmiechnął się ze zmęczeniem, przymykając na chwilę oczy. Podparł głowę na dłoni i pociągnięciem palców poprawił włosy. - Jeśli nadal masz czas i ochotę porozmawiać to zapraszam do siebie na herbatę, kawę lub cokolwiek mocniejszego, na co miałbyś ochotę. - Nie musieli już rozmawiać tutaj. Blondyn obejrzał się przez ramię i złapał łeb konia, który za nim przywędrował i zaczepiał go teraz, trącając lekko chrapami. Pogłaskał go po pysku i skierował się do swojego domu, który znajdował się przy samej plaży zaledwie ze 3 minuty drogi stąd.