15.05.2024, 13:42 ✶
– Och skarbie... – stoicka i opanowana Elise przypadła do niego, nie dbając na wilgoć i bród, lochu do którego nigdy nie zamierzała wchodzić. Lochu, do którego zabrali swoje dziecko. Otoczył go zapach różanych perfum matki, która od lat dokładała wszelkich starań, by dzieci Longbottomów były cywilizowane, by kojarzono je z dumą i honorem, a nie nieokrzesaniem i brawurą. A teraz jej ukochany syn, pierwszy, któremu dała życie, teraz on miał zmuszony przez los zrzucić to wszystko i stać się potworem. Trzymała się dobrze przez cały tydzień, ale w obliczu słabości tego, który w jej oczach wciąż miał pięć, sześć lat i teraz bał się nadchodzącej katorgi, nie dała rady, a łzy strugą obmyły ramię chłopca.
To był prawdziwy cud, mówili lekarze, którzy pozszywali go po tym brutalnym ataku. Klątwa likantropii zdawała się być małą ceną za życie dziecka. To tylko jedna noc w miesiącu, wobec lat spędzonych na opłakiwaniu nagrobka chłopca, który miałby przed sobą całe życie. To mała cena, tak sobie powtarzali drżący, wtuleni w siebie stojąc nad łóżkiem nieprzytomnego syna, którego płytki oddech rwał się czasami, ale wciąż był, wciąż istniał, wciąż dawał nadzieję...
Poruszyli niebo i ziemię, aby nie zmuszać go do przechodzenia pełni w ministerialnym więzieniu, w anonimowości, z dala od bliskich. Przystosować jedną z cel na tę okoliczność. Odliczanie do pierwszej przemiany zostało rozpoczęte i dany im czas na przygotowanie przesypywał się przez palce z zastraszającą prędkością, ale Warownia Longbottomów miała swoją tradycję i miała również swoje lochy, a w nich rzędy cel dawno oczyszczone z więźniów. Czasy się zmieniały i nikt nie miał lepszego pomysłu na zagospodarowanie piwnicy, aż do teraz. Korytarz odczyszczono, podobnie jak najlepszą, najtrwalszą z kwater. Tym razem ktoś miał w niej przebywać dobrowolnie.
Elise łkała tuląc do siebie chłopca i głaszcząc go po głowie i plecach, okazując więcej czułości niż przez całe jego życie poprzedzające ten moment. Klątwa nie dotknęła tylko jego. Klątwa dotknęła całą rodzinę. Przygotowywali się, mówili, tłumaczyli sobie wszyscy wzajem, mieli plan, musztrą brygadzistów opracowywali procedury. Nie widomym było, jaka będzie siła przebudzonego wilkołaka. Erik był chłopcem rosłym i dobrze zbudowanym, niektórzy specjaliści poddawali w wątpliwość okratowanie wpuszczone wewnątrz celi, dzielące ją na pół, czy nie byłoby zbyt łatwe do wyrwania, jeśli po przemianie Longbottom okazałby się zbyt silny. Dlatego też pomyślano o użyciu łańcucha, nadgarstki i kostki nie powinny rozrosnąć się na tyle, by rozsadzić obręcze. Matka upierała się, by zamiast starych żeliwnych drzwi z niewielką kratką na wysokości twarzy wstawić pancerną szybę, choćby po to właśnie, by w te przeklęte noce, Erik nie czuł się porzucony. Nie było jednak pewności co do tych nowomodnych mugolskich rozwiązań, raz że ministerstwo się nie zgodziło, dwa, że rodzina wspólnie uznała, że za te umagicznione wrota ręczą pokolenia przetrzymywanych potworów i bestii wyłapanych jedna po drugiej przez poprzednich przedstawicieli rodu, nie było sensu więc tego zmieniać.
Jeremiasz dał im moment, ale czas nie był ich sprzymierzeńcem. Ciężka dłoń opadła na ramię żony, a miękki, poważny głos podjął:
– Synu... – Stanowczym ruchem odsunął kobietę od pierworodnego, bo wobec wyzwania, jakie stanęło przed nimi nie uważał, aby jej miękkie dłonie i łzy na cokolwiek się zdały. Brązowe, zmęczone choć i pełne determinacji oczy spoglądały na twarz Erika, już nie chłopca, jeszcze nie mężczyzny, któremu przyjdzie wejść w dorosłość w najbardziej bolesny z możliwych sposobów.
– Wobec tego co nieuniknione znajduj wybór i pielęgnuj swoje decyzje. Wszędzie. Przemiana przyjdzie, czy tego chcesz, czy nie. Ale masz wybór. Możesz wejść tam, a kamień i metal ochroni Twoją godność i tych których kochasz. Będziesz tutaj przez osiem i pół godziny, od zachodu do wschodu słońca, a gdy będzie bezpiecznie od razu Cię stąd wypuścimy – nie mówił nic nowego, taki był plan, taka była procedura, w której spisywaniu Erik brał udział. – Możesz, ale nie musisz pić tego eliksiru. Nie mamy pewności jak zadziała, ale powinien pozwolić zachować Ci świadomość i ograniczyć wściekłość oraz pragnienie ucieczki. Wtedy te osiem godzin może będzie dla Ciebie prostsze Eriku, ponieważ ja będę tu przy Tobie i będę próbował z Toba rozmawiać. Twoje ciało Cię zdradzi i podda klątwie, z tym nic... – urwał na moment wściekły w ojcowskiej bezsilności, ale szybko zmiarkował się, stłumił to i wrócił do stabilności tonu sprzed chwili, nawet jeśli za jego plecami żona przestała nie tylko płakać, ale i oddychać. Ostatnim zabezpieczeniem miały być drzwi do lochu, zapieczętowane na całą noc, gdyby okazało się, że Erik będzie silniejszy i wytrwalszy w zdziczeniu, w zewie ku wolności. Jeśli eliksir zawiedzie... Nie wiedzieli, nikt nie wiedział jak będzie.
– Możesz go nie pić. Wtedy rano nie będziesz pamiętał co robiłeś. Nie będziesz pamiętał jak cierpiałeś. Wtedy stracisz kontrolę, ale stracisz ją bo tak zdecydowałeś. Nikt nie będzie miał do Ciebie pretensji. Ale ja będę przy Tobie i tak, będę czuwał i czekał aż wrócisz, będę pierwszym którego zobaczysz po przebudzeniu. Nie zostawię Cię – oznajmił.
– Jeremiah nie możesz! Przecież nie wiemy czy to zadziała, nie wiemy, nie próbowaliśmy... – jęknęła zza pleców Elise, łapiąc męża za barki, jakby próbując odciągnąć go od syna, choć tak na prawdę rozpaczliwie próbowała odciągnąć go od tego pomysłu. Pomysłu, którego nie było w agendzie.
– Postanowiłem – uciszył ją, mocniej zaciskając swoje dłonie na barkach Erika. – Nie zostawię tu swojego syna. Jeśli bogowie zdecydują że dołączę do niego w klątwie, tak się stanie, ale Longbottom nie pozostawia Longbottoma, nie w takiej nierównej walce, nie w cierpieniu, które będzie tym większe jeśli zostałby tu, jakbyśmy się go wyrzekli na te osiem przeklętych godzin!
– grzmiał nie kryjąc już zdenerwowania, a czas uciekał.
To był prawdziwy cud, mówili lekarze, którzy pozszywali go po tym brutalnym ataku. Klątwa likantropii zdawała się być małą ceną za życie dziecka. To tylko jedna noc w miesiącu, wobec lat spędzonych na opłakiwaniu nagrobka chłopca, który miałby przed sobą całe życie. To mała cena, tak sobie powtarzali drżący, wtuleni w siebie stojąc nad łóżkiem nieprzytomnego syna, którego płytki oddech rwał się czasami, ale wciąż był, wciąż istniał, wciąż dawał nadzieję...
Poruszyli niebo i ziemię, aby nie zmuszać go do przechodzenia pełni w ministerialnym więzieniu, w anonimowości, z dala od bliskich. Przystosować jedną z cel na tę okoliczność. Odliczanie do pierwszej przemiany zostało rozpoczęte i dany im czas na przygotowanie przesypywał się przez palce z zastraszającą prędkością, ale Warownia Longbottomów miała swoją tradycję i miała również swoje lochy, a w nich rzędy cel dawno oczyszczone z więźniów. Czasy się zmieniały i nikt nie miał lepszego pomysłu na zagospodarowanie piwnicy, aż do teraz. Korytarz odczyszczono, podobnie jak najlepszą, najtrwalszą z kwater. Tym razem ktoś miał w niej przebywać dobrowolnie.
Elise łkała tuląc do siebie chłopca i głaszcząc go po głowie i plecach, okazując więcej czułości niż przez całe jego życie poprzedzające ten moment. Klątwa nie dotknęła tylko jego. Klątwa dotknęła całą rodzinę. Przygotowywali się, mówili, tłumaczyli sobie wszyscy wzajem, mieli plan, musztrą brygadzistów opracowywali procedury. Nie widomym było, jaka będzie siła przebudzonego wilkołaka. Erik był chłopcem rosłym i dobrze zbudowanym, niektórzy specjaliści poddawali w wątpliwość okratowanie wpuszczone wewnątrz celi, dzielące ją na pół, czy nie byłoby zbyt łatwe do wyrwania, jeśli po przemianie Longbottom okazałby się zbyt silny. Dlatego też pomyślano o użyciu łańcucha, nadgarstki i kostki nie powinny rozrosnąć się na tyle, by rozsadzić obręcze. Matka upierała się, by zamiast starych żeliwnych drzwi z niewielką kratką na wysokości twarzy wstawić pancerną szybę, choćby po to właśnie, by w te przeklęte noce, Erik nie czuł się porzucony. Nie było jednak pewności co do tych nowomodnych mugolskich rozwiązań, raz że ministerstwo się nie zgodziło, dwa, że rodzina wspólnie uznała, że za te umagicznione wrota ręczą pokolenia przetrzymywanych potworów i bestii wyłapanych jedna po drugiej przez poprzednich przedstawicieli rodu, nie było sensu więc tego zmieniać.
Jeremiasz dał im moment, ale czas nie był ich sprzymierzeńcem. Ciężka dłoń opadła na ramię żony, a miękki, poważny głos podjął:
– Synu... – Stanowczym ruchem odsunął kobietę od pierworodnego, bo wobec wyzwania, jakie stanęło przed nimi nie uważał, aby jej miękkie dłonie i łzy na cokolwiek się zdały. Brązowe, zmęczone choć i pełne determinacji oczy spoglądały na twarz Erika, już nie chłopca, jeszcze nie mężczyzny, któremu przyjdzie wejść w dorosłość w najbardziej bolesny z możliwych sposobów.
– Wobec tego co nieuniknione znajduj wybór i pielęgnuj swoje decyzje. Wszędzie. Przemiana przyjdzie, czy tego chcesz, czy nie. Ale masz wybór. Możesz wejść tam, a kamień i metal ochroni Twoją godność i tych których kochasz. Będziesz tutaj przez osiem i pół godziny, od zachodu do wschodu słońca, a gdy będzie bezpiecznie od razu Cię stąd wypuścimy – nie mówił nic nowego, taki był plan, taka była procedura, w której spisywaniu Erik brał udział. – Możesz, ale nie musisz pić tego eliksiru. Nie mamy pewności jak zadziała, ale powinien pozwolić zachować Ci świadomość i ograniczyć wściekłość oraz pragnienie ucieczki. Wtedy te osiem godzin może będzie dla Ciebie prostsze Eriku, ponieważ ja będę tu przy Tobie i będę próbował z Toba rozmawiać. Twoje ciało Cię zdradzi i podda klątwie, z tym nic... – urwał na moment wściekły w ojcowskiej bezsilności, ale szybko zmiarkował się, stłumił to i wrócił do stabilności tonu sprzed chwili, nawet jeśli za jego plecami żona przestała nie tylko płakać, ale i oddychać. Ostatnim zabezpieczeniem miały być drzwi do lochu, zapieczętowane na całą noc, gdyby okazało się, że Erik będzie silniejszy i wytrwalszy w zdziczeniu, w zewie ku wolności. Jeśli eliksir zawiedzie... Nie wiedzieli, nikt nie wiedział jak będzie.
– Możesz go nie pić. Wtedy rano nie będziesz pamiętał co robiłeś. Nie będziesz pamiętał jak cierpiałeś. Wtedy stracisz kontrolę, ale stracisz ją bo tak zdecydowałeś. Nikt nie będzie miał do Ciebie pretensji. Ale ja będę przy Tobie i tak, będę czuwał i czekał aż wrócisz, będę pierwszym którego zobaczysz po przebudzeniu. Nie zostawię Cię – oznajmił.
– Jeremiah nie możesz! Przecież nie wiemy czy to zadziała, nie wiemy, nie próbowaliśmy... – jęknęła zza pleców Elise, łapiąc męża za barki, jakby próbując odciągnąć go od syna, choć tak na prawdę rozpaczliwie próbowała odciągnąć go od tego pomysłu. Pomysłu, którego nie było w agendzie.
– Postanowiłem – uciszył ją, mocniej zaciskając swoje dłonie na barkach Erika. – Nie zostawię tu swojego syna. Jeśli bogowie zdecydują że dołączę do niego w klątwie, tak się stanie, ale Longbottom nie pozostawia Longbottoma, nie w takiej nierównej walce, nie w cierpieniu, które będzie tym większe jeśli zostałby tu, jakbyśmy się go wyrzekli na te osiem przeklętych godzin!
– grzmiał nie kryjąc już zdenerwowania, a czas uciekał.