15.05.2024, 10:59 ✶
Było coś niezwykle ironicznego w tym, że dzisiaj w pracy musiał wysłuchiwać, jak jeden magimedyk (swoją drogą okropny współpracownik, a w kafeterii jadł gorzej, niż trzylatek) narzekał na to, że jakiś zadufany w sobie arystokrata od winnic i dyplomacji zabrał mu jasnowidza pod obserwacją, tylko po to, by chwilę później Basilius dowiedział się, że Anthony Shafiq prosi go o wizytę domową w celu skontrolowania stanu pewnego jasnowidza.
W Little Hangleton pojawił się tak szybko, jak tylko mógł, a całe szczęście nie był dzisiaj szczególnie zajęty. Prawdę mówiąc to musiał przyznać, że oczy pana Longbottoma stały się właśnie organizatorami jego jedynego ciekawego przypadku od kilku dni, bo chociaż jako uzdrowicielowi nie wypadało mu narzekać na to, że jego pacjenci nic dziwnego sobie ostatnio nie robili, to chyba trochę narzekał. Najwyraźniej jednak najskuteczniejszym środkiem na magimedyczną nudę był dowolny Longbottom po wypadku. Aż dziwne, że gdzieś w pobliżu nie było Brenny.
Gdy tylko przybył do rezydencji od razu pokierowano go do właściwego pokoju, do którego drzwi zapukał, a gdy usłyszał odpowiedź, wszedł do środka. Ubrany był w elegancką granatową koszulę i ciemne spodnie, uznając że jedną ze zdecydowanych zalet prywatnych wizyt domowych, poza dodatkowym zarobkiem, było to, że nie musiał paradować w tej paskudnej zielonej szacie, którą zaprojektował chyba jakiś daltonista.
– Panie Shafiq, panie Longbottom – przywitał się profesjonalnie, jakby w drodze tutaj wcale jeszcze nie podśmiewał się pod nosem, że najwyraźniej "ukradł" pacjentami temu kretynowi Lloydowi. – Przyszedłem tak szybko, jak tylko mogłem. Wszystko w porządku?
Zerknął na Morpheusa na razie z opaską na oczach. Zdążył już się zapoznać z przekazaną mu w szpitalu dokumentacją medyczną jasnowidza, więc wiedział czego mógł się spodziewać pod opatrunkiem.
– Witam Panie Longbottom, nazywam się Basilius Prewett. Jak się pan czuje? Coś się zmieniło od opuszczenia szpitala? Odczuwa pan poprawę? Pogorszenie? – pytał, stawiając na pobliskim stoliku torbę ze wszystkimi potrzebnymi mu w pracy specyfikami. – Najpierw chciałbym się przyjrzeć pańskim oczom, a potem porozmawiamy, dobrze?
W Little Hangleton pojawił się tak szybko, jak tylko mógł, a całe szczęście nie był dzisiaj szczególnie zajęty. Prawdę mówiąc to musiał przyznać, że oczy pana Longbottoma stały się właśnie organizatorami jego jedynego ciekawego przypadku od kilku dni, bo chociaż jako uzdrowicielowi nie wypadało mu narzekać na to, że jego pacjenci nic dziwnego sobie ostatnio nie robili, to chyba trochę narzekał. Najwyraźniej jednak najskuteczniejszym środkiem na magimedyczną nudę był dowolny Longbottom po wypadku. Aż dziwne, że gdzieś w pobliżu nie było Brenny.
Gdy tylko przybył do rezydencji od razu pokierowano go do właściwego pokoju, do którego drzwi zapukał, a gdy usłyszał odpowiedź, wszedł do środka. Ubrany był w elegancką granatową koszulę i ciemne spodnie, uznając że jedną ze zdecydowanych zalet prywatnych wizyt domowych, poza dodatkowym zarobkiem, było to, że nie musiał paradować w tej paskudnej zielonej szacie, którą zaprojektował chyba jakiś daltonista.
– Panie Shafiq, panie Longbottom – przywitał się profesjonalnie, jakby w drodze tutaj wcale jeszcze nie podśmiewał się pod nosem, że najwyraźniej "ukradł" pacjentami temu kretynowi Lloydowi. – Przyszedłem tak szybko, jak tylko mogłem. Wszystko w porządku?
Zerknął na Morpheusa na razie z opaską na oczach. Zdążył już się zapoznać z przekazaną mu w szpitalu dokumentacją medyczną jasnowidza, więc wiedział czego mógł się spodziewać pod opatrunkiem.
– Witam Panie Longbottom, nazywam się Basilius Prewett. Jak się pan czuje? Coś się zmieniło od opuszczenia szpitala? Odczuwa pan poprawę? Pogorszenie? – pytał, stawiając na pobliskim stoliku torbę ze wszystkimi potrzebnymi mu w pracy specyfikami. – Najpierw chciałbym się przyjrzeć pańskim oczom, a potem porozmawiamy, dobrze?