Tak naprawdę, gdyby Sauriel był chujem, za jakiego się uważał, to by ją tu zostawił. Mógł w każdej chwili stąd po prostu wyjść, skoro nic nie broniło mu wyjścia przez wielkie drzwi, powiedzieć „ciao, bambino” i pójść w siną dal. W ten sposób pozbyłby się problemu, nie musiałby się już więcej martwić tym, że czuła do niego więcej niż tylko przyjaźń, miałby swoje spokojne życie bez ciągnięć z zewnątrz, święty spokój, błogą ciszę, zero podszeptów, by jednak nie zanurzał się w tej czerni i ciemności. Ale nie. Sauriel uparcie tkwił obok niej i ani myślał ją tu zostawić samej na łasce… domniemanego poltergeista. Była mu bardzo wdzięczna… albo raczej dopiero będzie mu bardzo wdzięczna, bo póki co jeszcze do niej nie dotarł tak oczywisty fakt; jej głowa skupiła się na tym, by przeanalizować problem – i obrazu przelatywały przez jej głowę, która próbowała dopasować najlepsze rozwiązanie, tylko jakoś… nic sensownego do niej nie przychodziło. I to ją martwiło. I sprawiało, że zaczynała robić te dziwne, pozornie losowe rzeczy, jak rzut butami. To była panika, strach, że ktoś ją spęta, zamknie w złotej klatce, że podetnie skrzydła, które z takim mozołem i trudem próbowała rozłożyć… a tak bardzo bała się przecież latać. Sauriel był jedynym, co ją trzymało tutaj w ryzach, tak, że nie zaczęła się miotać. Jego spokój, jego obecność, to, że nie była sama…
Mógł ją tu zostawić, prawda? Przeszło jej przez myśl, że co, gdyby jednak się ewakuował bez niej? Blady strach. Nie zrobiłby tego, prawda? Ufała mu – jemu, Śmierciożercy, który na pewno odebrał już kiedyś czyjeś życie. Ale i jej się to zdarzyło, nie była nieskazitelna, lecz czarna magia nie przeżarła jej duszy. Ale Sauriel… Jego dłoniom zawsze mogła ufać. Był przy niej, kiedy go potrzebowała, pozwalał się na sobie oprzeć, pomagał jej iść. Nieraz chciała, by został przy niej dłużej, bardzo tego potrzebowała i raz nawet został – kilka dni czuwał nad jej spokojem. Jak miałaby mu nie ufać? Nawet jeśli zabolało ją to, co zrobił, to jak ją odrzucił, odsunął od siebie, jak poczuła się niechciana, niepotrzebna, nieatrakcyjna (a przecież mężczyźni na ulicy nieraz się za nią oglądali), gorsza, niepewna… nawet w obliczu tego mu ufała.
– To może ja się za mocno uderzyłam w głowę – stwierdziła nieco nadąsana. Bo może w tym był problem z jej zaklęciami? Nie sukienka tylko walnięcie się w ten głupi łeb, z którego ewidentnie nie wywiało dzięki temu absurdalnych pomysłów (aczkolwiek dla kogoś może były genialne). – Ściągam to gówno, nie widzisz? – odburknęła, bo chyba było jasne jak słońce, co właśnie robiła. Próbowała się wydostać spod materiału, ale i z tym miała trochę problemu, chociaż już prawie udało jej się wyciągnąć jedną rękę, kiedy Sauriel jej w tym przeszkodził (słownie) i się zatrzymała, patrząc na niego uważnie. – Nie umiem jej odczarować do moich ubrań. A co jeśli to ona? Przyszło mi do głowy, że może blokuje moje ruchy – nieco zrezygnowana opuściła ręce i głośno wypuściła powietrze przez nos. – Chodź gdzie? Na górę? – wskazała głową na galerię i te piękne schody. – Chcesz nadal zwiedzać zamek? – zapytała ze zwątpieniem w głowie, ale zaraz pomyślała, że może ten poltergeist się znudził… Westchnęła jeszcze raz i obrażona na buty jednak założyła je na swoje stópki. – Przyszło mi jeszcze do głowy… A co jakbyś… Czekaj, schyl się – chyba już dostawała paranoi, ale wolała powiedzieć to Saurielowi prosto na ucho: – Weź mnie na ręce i spróbuj wyjść.