13.05.2024, 12:09 ✶
Wpatrywał się w jasne oczy Laurenta i zastanawiał się, czy to możliwe, że dorosły człowiek może z dnia na dzień zmienić swój ulubiony kolor i czy któryś z psychiatrów - zarówno mugolskich, jak i czarodziejskich, wszak umysły magów i zwykłych śmiertelników niewiele się różniły, jak zdążył zauważyć przez lata - poruszał już kiedyś ten problem. Jeśli nie, to będzie pierwszy; znajdzie grupę ochotników, przeprowadzi badania, opisze je w artykule i być może uda mu się go opublikować w Horyzontach Zaklęć. Zrobi to, z pewnością na jesieni, kiedy wróci ze słonecznej Brazylii, gdzie morze kusi lazurem podobnemu tęczówkom Prewetta.
Był pewien, że to czerń najbardziej sobie umiłował - czarne było jego nazwisko i czernią przypalany był kolor jego duszy, czarne były jego szaty i oczy, to czarne włosy opadały na jego czoło, czarne było drewno jego laski i kawa, którą każdego poranka pił z równie czarnej filiżanki. Czarna była lukrecja i gorzka czekolada, do których miał słabość. Czarna była krew płynąca w jego żyłach i noc, w której odnajdywał schronienie. Aż pewnego dnia w jego progu stanął Laurent Prewett, sprawiając, że czarne serce wyrwało się z piersi, a jego wizję przysłonił błękit. Jaki urok na mnie rzuciłeś?, pytał go w myślach, zadzierając głowę wysoko; wprost ku czystemu letniemu niebu, które tak rozpaczliwie przypominało mu o tym chłopaku.
Nie powinien mieć takich myśli; tak brudnych i plugawych, nawet jeśli przepełniał je zachwyt nad pięknem złotowłosej selkie. To nie jego powinien wysławiać, nie do jego stóp padać. A jednak - usilnie próbował się do niego zbliżyć. Desperacko ogrzać w jego blasku.
Przez jego kark przeszedł zimny dreszcz, kiedy dłonie Laurenta się zatrzymały. Kłopoty. Po co właściwie poruszał przy nim tak drażliwy temat? Wyczuwał przecież rosnący między nimi dystans - dlaczego na siłę próbował go skrócić tak trudnym wyznaniem? Na co właściwie tym liczył? Że Prewett również się otworzy i wyzna mu swoje największe grzechy? Przecież to nie działało w ten sposób. Chciał go chronić, ale czy właśnie nie zrzucał na jego barki ciężaru niemożliwego do udźwignięcia? W którym momencie zamienili się rolami?
Nie, to ty jesteś moim bogiem, odpowiedział cichy głos w głowie Perseusa, a potem łzy zapiekły go pod powiekami, gdy zdał sobie sprawę, że jego bóg chyba właśnie go rozgrzeszał...?
— Być może bywam dla siebie zbyt surowy — rzekł wreszcie zdławionym ze wzruszenia głosem. Jeśli Elliott potrafił mu wybaczyć, to czy nie nadeszła pora, by on również sobie wybaczył? Zamrugał kilkukrotnie, chcąc pozbyć się niechcianych łez.
Uśmiechnął się - łagodnie i wciąż smutno, lecz już bez tego cierpiętniczego wyrazu twarzy.
— Dziękuję, Laurencie. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo potrzebowałem tych słów — pocieszycielu mój! jak ja mam żyć bez ciebie?.
Oparł łokcie na stole i pochylił się w jego stronę.
— Zaśpiewaj mi — poprosił — Chcę usłyszeć twój głos.
Był pewien, że to czerń najbardziej sobie umiłował - czarne było jego nazwisko i czernią przypalany był kolor jego duszy, czarne były jego szaty i oczy, to czarne włosy opadały na jego czoło, czarne było drewno jego laski i kawa, którą każdego poranka pił z równie czarnej filiżanki. Czarna była lukrecja i gorzka czekolada, do których miał słabość. Czarna była krew płynąca w jego żyłach i noc, w której odnajdywał schronienie. Aż pewnego dnia w jego progu stanął Laurent Prewett, sprawiając, że czarne serce wyrwało się z piersi, a jego wizję przysłonił błękit. Jaki urok na mnie rzuciłeś?, pytał go w myślach, zadzierając głowę wysoko; wprost ku czystemu letniemu niebu, które tak rozpaczliwie przypominało mu o tym chłopaku.
Nie powinien mieć takich myśli; tak brudnych i plugawych, nawet jeśli przepełniał je zachwyt nad pięknem złotowłosej selkie. To nie jego powinien wysławiać, nie do jego stóp padać. A jednak - usilnie próbował się do niego zbliżyć. Desperacko ogrzać w jego blasku.
Przez jego kark przeszedł zimny dreszcz, kiedy dłonie Laurenta się zatrzymały. Kłopoty. Po co właściwie poruszał przy nim tak drażliwy temat? Wyczuwał przecież rosnący między nimi dystans - dlaczego na siłę próbował go skrócić tak trudnym wyznaniem? Na co właściwie tym liczył? Że Prewett również się otworzy i wyzna mu swoje największe grzechy? Przecież to nie działało w ten sposób. Chciał go chronić, ale czy właśnie nie zrzucał na jego barki ciężaru niemożliwego do udźwignięcia? W którym momencie zamienili się rolami?
Nie, to ty jesteś moim bogiem, odpowiedział cichy głos w głowie Perseusa, a potem łzy zapiekły go pod powiekami, gdy zdał sobie sprawę, że jego bóg chyba właśnie go rozgrzeszał...?
— Być może bywam dla siebie zbyt surowy — rzekł wreszcie zdławionym ze wzruszenia głosem. Jeśli Elliott potrafił mu wybaczyć, to czy nie nadeszła pora, by on również sobie wybaczył? Zamrugał kilkukrotnie, chcąc pozbyć się niechcianych łez.
Uśmiechnął się - łagodnie i wciąż smutno, lecz już bez tego cierpiętniczego wyrazu twarzy.
— Dziękuję, Laurencie. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo potrzebowałem tych słów — pocieszycielu mój! jak ja mam żyć bez ciebie?.
Oparł łokcie na stole i pochylił się w jego stronę.
— Zaśpiewaj mi — poprosił — Chcę usłyszeć twój głos.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory