12.05.2024, 18:41 ✶
Niepokój Nikolaia był nieuzasadniony. Sam zapadał się w niego, jakby wcale nie byli teraz ludźmi, a dwoma niedźwiedziami właśnie, zmęczonymi walką, leżącymi pośród wrzosów i opatrującymi wzajem rany. Czy rzeczywiście mężczyzna byłby w stanie rozpoznać jego woń? Niekoniecznie, choć rzeczywiście przez to jak wiele czasu przebywał w zwierzęcej formie (zdecydowanie częściej niż przeciętny animag) łatwo mu przychodziło zakładanie pewnych spraw, mieszanie się umiejętności obu form. Ach nie... zaraz... krew McGonagallów wciąż krążyła w jego żyłach i akurat powonienie, było tym, co już w odruchu pozostawiał sobie, by móc widzieć, czuć świat głębiej. Więcej. Mocniej.
Głaskanie po karku było takie miłe, po plecach, po barkach. Nawet bolesność rany, która teraz w pełni do niego dochodziła, nie mogła się przebić, przez poruszenie, jakie wywoływała w nim myśl o kolejnym animagu w pobliżu i to takim, który nosił tożsamy gatunek. Ułożył płasko dłoń na sercu Nikolai'a i zaczął dłonią zataczać niespieszne kręgi po jego piersi.
– Tam stoi mój dom. W sercu Puszczy. Tam mieszkałem przez całe życie. Ale w maju podczas sabatu przybyli czarnoksiężnicy, którzy rozdarli świat i zaprosili między drzewa upiory i widma. Widziałem tych, którzy próbowali z nimi walczyć, starszych o dziesięć, dwadzieścia lat, wyssanych z życia jak ślimaki ze skorupek. Wielkie mądre londyńskie głowy cały czas debatują i cały czas nie wiedzą co z tym zrobić ja... tęsknię, nawet tu, kiedy jestem na skraju lasu. Tęsknię za domem. Za spokojem. Za tym, że mogłem kiedy chciałem być niedźwiedziem i nikt nie mdlał na mój widok. Za tym, że każdy dzień wyglądał podobnie, ale moje serce biło tak jak biło serce Kniei. Byłem jej a ona moja... – Nie wspomniał o matce, która gdzieś tam latała, nie wspomniał o grobie ojca, który odwiedzał regularnie. Teraz wśród ludzi powoli dochodziło do niego, że jego najbliżsi należą do przeszłości. Powoli... jeszcze to nie było moment, aby dopuścić do siebie żałobę. Jeszcze nie. Nie gdy obok leżał niedźwiedź i pachniał tak pięknie.
– A gdzie leży Twoje serce Niko? Gdzie je zostawiłeś? – zapytał miękko wciąż oddychając nim. Czuł że kręci mu się w głowie, ale jakoś tak nie chciał się stąd ruszać szukać pomocy. Jakiś eliksir, maść opatrunek... Może kiedyś.
Głaskanie po karku było takie miłe, po plecach, po barkach. Nawet bolesność rany, która teraz w pełni do niego dochodziła, nie mogła się przebić, przez poruszenie, jakie wywoływała w nim myśl o kolejnym animagu w pobliżu i to takim, który nosił tożsamy gatunek. Ułożył płasko dłoń na sercu Nikolai'a i zaczął dłonią zataczać niespieszne kręgi po jego piersi.
– Tam stoi mój dom. W sercu Puszczy. Tam mieszkałem przez całe życie. Ale w maju podczas sabatu przybyli czarnoksiężnicy, którzy rozdarli świat i zaprosili między drzewa upiory i widma. Widziałem tych, którzy próbowali z nimi walczyć, starszych o dziesięć, dwadzieścia lat, wyssanych z życia jak ślimaki ze skorupek. Wielkie mądre londyńskie głowy cały czas debatują i cały czas nie wiedzą co z tym zrobić ja... tęsknię, nawet tu, kiedy jestem na skraju lasu. Tęsknię za domem. Za spokojem. Za tym, że mogłem kiedy chciałem być niedźwiedziem i nikt nie mdlał na mój widok. Za tym, że każdy dzień wyglądał podobnie, ale moje serce biło tak jak biło serce Kniei. Byłem jej a ona moja... – Nie wspomniał o matce, która gdzieś tam latała, nie wspomniał o grobie ojca, który odwiedzał regularnie. Teraz wśród ludzi powoli dochodziło do niego, że jego najbliżsi należą do przeszłości. Powoli... jeszcze to nie było moment, aby dopuścić do siebie żałobę. Jeszcze nie. Nie gdy obok leżał niedźwiedź i pachniał tak pięknie.
– A gdzie leży Twoje serce Niko? Gdzie je zostawiłeś? – zapytał miękko wciąż oddychając nim. Czuł że kręci mu się w głowie, ale jakoś tak nie chciał się stąd ruszać szukać pomocy. Jakiś eliksir, maść opatrunek... Może kiedyś.