Dbanie o biżuterię było jak najbardziej zrozumiałe i to wcale nie była rzecz, która wzbudzała najwięcej pytań w głowie Stanleya. Powinien poprosić o wgląd na ów wyrób jubilerski? A może dla dobra sprawy puścić to wszystko w niepamięć i po prostu starać się pomóc w ich sytuacji?
- No dobrze. Spadł Ci pierścionek, Anthony go podniósł i Ci oddał... - ustawiał to sobie w odpowiednim szyku, chcąc otworząc kolejność wydarzeń - A Wy, we dwójkę, nie zaprzeczyliście żadnym doniesiem.... A wiedzieliście, że to nie "tak jak wszyscy myślą"... - mówił na głos. Coś tutaj nie pasowało. Coś się nie łączyło we wspólną całość. Tutaj musiało chodzić o coś więcej.
Z drugiej strony, skoro panny Roselyn, nie interesowali żadni adoratorzy, dlaczego nie zaprzeczyła wszystkiemu? Czemu na tamtym balu nie odrzuciła zalotów? Nie zrobiła niczego, aby rzeczywiście nie mieć tych wszystkich adoratorów wokół własnej osoby? Może jednak powinien wziąć ich na osobne przesłuchania, wszak praca brygadzisty zostawiała piętno na tym jak człowiek działał.
- Mhm - przytaknął na słowa Anthony'ego. Ten zaś mógł wyczuć, że to nie było wcale optymistyczne przytaknięcie - znali się przecież nie od dzisiaj. Z drugiej strony jak miałoby być pozytywne, skoro to był zadatek na aferę miesiąca, jak nie roku. Te wszystkie nagłówki, które kreowały się w głowie Stanleya to była tragedia. Już nawet mniejsza o to, że to właśnie starszy Borgin miał dużo więcej za uszami ale jego mogli w każdej chwili wydziedziczyć, aby uniknąć problemu - Tośka nie mogli. Wszyscy przecież wiedzieli, że po śmierci Bartholomeusa, to właśnie jego syn będzie nestorem ich rodu. To nie mogło ulec zmianie.
- No to skoro zerwanie zaręczyn jest według Was takie proste, to czemu tego jeszcze nie zrobiliście? - zapytał retorycznie, wędrując wzrokiem od jednego mądralińskiego do drugiego. Skoro byli tacy cwani i wyszczekani, po co przyszli do niego z tą sprawą?
Na kolejną prośbę Anthony'ego, postukał w blat. Jak miał nie powiedzieć o tym wszystkim dziadkowi? W końcu to była jedna z osób, która powinna się dowiedzieć pierwsza o takim zajściu, o takiej sytuacji. Młodzieniec stawiał go w bardzo niekomfortowej sytuacji, która wymagała nagięcia wielu zasad i umów panujących w rodzinie Borginów.
- Ale naszego dziadka to proszę szanować - zwrócił uwagę młodej damie - Może zrobić bardzo wiele rzeczy. Zna bardzo dużo wpływowych osób - wyjaśnił po krótce. Nie mieli czasów na wchodzenie w szczegóły i wszystkie umowy handlowy, którymi się aktualnie zajmowali. Po drugie - Greengrass - nie była kimś, który powinien wiedzieć o takich układach, a na pewno nie dopóki przy jej nazwisku nie znajduje się jakakolwiek forma "Borgin" - to przecież świadczyło, że była z ich kliki.
- W tej sytuacji to nawet już nie chodzi o panią, panno Roselyn, a o Anthony'ego - zaznaczył, podkreślając jak są rozdane karty w tym momencie - Chcąc czy nie chcąc, to rozchodzi się o reputację młodego w głównej mierze a żadne Lestrange, Malfoye czy Blacki nas nie interesują. Jeżeli oni chcą się bawić w jakieś dziwne i podejrzane śluby, mają do tego drogę wolną. Dziadek na nic takiego się nie zgodzi - podsumował. Oczywiście - nie mógł podejmować decyzji za nestora ich rodu. Wiedział jednak jak działa i co lubi, co wyznaje ich dziadek. Wiedział, że to się po prostu nie uda.
Dużo inaczej by było, gdyby ktoś wspomniał dziadkowi o takiej sytuacji - o tym, że Anthony się zakochał, a jego wybranka pochodzi z dobrego, czystokrwistego domu. Mogliby wtedy umówić jakieś spotkanie i wszystko przegadać w 6 oczy - Tosiek, Roselyn i dziadek. To musiało się udać.
- A jakby tak... Nie. To bez sensu - wbił wzrok w sufit, przejeżdżając dłonią po swojej twarzy. Psiakrew Ciebie Anthony Borginie z tym Twoim temperamentem zaklinał go w myślach - Dobrze. Ile osób widziało te zaręczyny? Cały bal? Połowa? 10 osób? Może można ich jakoś przekupić, aby nic nie mówili, a w tedy Wy będziecie mogli rozejść się w swoje strony. Pani zajmie się czym chce, a Tosiek tym co ważne - zaproponował, wbijając po chwili wzrok w Anthony'ego - Co Ty żeś kurwa znowu wymyślił? - zapytał z pewnym zrezygnowaniem w głosie. Jeżeli był to kolejny "świetny" pomysł to mieli tylko kolejny kłopot.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972