Przemierzyła niemalże cały dom. Zajrzała do gabinetu Gerarda, do spiżarki, w której trzymał swoje ulubione napitki, jak ta księżycówka, którą ją ostatnio częstował. Szukała go nawet na ich ulubionej ławce, tam jednak też go nie było. Ostatnią opcją, która wydawała się prawdopodobna pozostawała stajnia. Zmierzała ku niej z posępną miną. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Szczególnie po tym wczorajszym, ojcowskim wybuchu złości. Widziała przecież przez okno, że prawie zadusił konia gołymi rękoma, jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Bała się, że mógł dokończyć swoje dzieło, a służba i tak już szeptała po kątach.
Martwiło ją to, co działo się z Gerardem, nie wiedziała, jak mu pomóc, bolało ją, kiedy patrzyła jak cierpi. Może faktycznie powinni coś z tym zrobić, spróbować wyciągnąć do niego pomocną dłoń. Pomysł wysłania do Lecznicy Dusz jeszcze wczoraj wydawał jej się strasznie nietrafiony. Nie sądziła, że ojciec by się na coś takiego zgodził, do tego ludzie zaczęliby szeptać, obgadywać ich rodzinę. Wolałaby tego uniknąć, z drugiej strony, co jeśli to był jedyny ratunek? Szybko odsunęła od siebie tą myśl, na pewno znajdą inne wyjście. Na pewno sobie z tym poradzą, ich rodzina przecież zawsze jakoś potrafiła się odnaleźć w każdej sytuacji, to przecież właśnie ojciec był w główniej mierze za to odpowiedzialny, teraz ona powinna przejąć pałeczkę, skoro nikt inny się do tego nie kwapił. Była pewna jedynie tego, że nie zostawi go samego z tymi problemami.
Weszła po cichu do stajni. Odetchnęła głęboko i zaczęła się uważnie rozglądać, nadal nie do końca pewna, czego ma się spodziewać. Czy znajdzie gdzieś oderwaną głowę? Wolałaby nie, ale nie mogła być pewna, jak skończyła się ta wieczorna sytuacja.
Dosyć szybko znalazła ojca w boksie z koniem Thorana. Spoglądał na niego nieprzytomnym wzrokiem. Koń jednak nadal stał, nie był martwy. Kamień z serca, nie było jeszcze tak źle.
Stajenny nie oponował, gdy dała mu znać, żeby zostawił ich samych. Ich pracownicy byli oddani, od lat tutaj przebywali, nie należeli do tych wścibskich, szczególnie, kiedy członkowie rodziny Yaxley ich o coś prosili. Tym razem oczywiście było podobnie. Stajenny wiedział, że powinna sobie poradzić z ojcem. Kto, jeśli nie ona? Miał do niej słabość.
Zauważyła w jego dłoni butelkę z wódką, a może z bimbrem? Wódka mogła być dla niego zbyt słaba. Wyglądał, jakby miał już dość. Niepokoiło ją to, że ostatnio tak często sięgał po alkohol, ale czy sama nie zachowywała się w ten sam sposób? Skóra zdjęta z ojca, jak on uwielbiała zapijać problemy, to pomagało udawać, że nie istnieją, chociaż na chwilę.
- Tak tato, to ja. - Powiedziała cicho nie przestając się mu przyglądać. Nie wiedziała, czy patrzy na nią, czy gdzieś obok. Mogło mu się już dwoić, lub troić w głowie, zważając na to, że najprawdopodobniej siedział tutaj całą noc.
Usiadła obok niego, zupełnie bez słowa. Położyła swoją głowę na jego ramieniu, chociaż nie miała pojęcia, czy jej nie odepchnie. Dla niej ta noc również nie należała do najprzyjemniejszych. Nie przeszkadzało jej to milczenie, ta cisza. Ojciec mógł w spokoju dokończyć zawartość butelki, a ona wpatrywała się w tego konia, który stał przed nimi. Był piękny, dostojny, a do tego miał w sobie coś, co zwracało uwagę. Wydawało jej się, że jego umaszczenie przypomina nieco to skunksie. Zabawne, przecież ona zamieniała się w skunksa.
Wspominała ojcu, że pragnie zacząć się uczyć jeździć. On jednak nic nie mówił o tym, że kupi jej konia. Otworzyła oczy ze zdumieniem, to by wyjaśniało to umaszczenie, Gerard znał jej gust, wiedział, co lubiła, mieli podobne poczucie humoru. Tylko dlaczego Thoran wziął tego konia dla siebie, dlaczego go sobie przywłaszczył, dlaczego ojciec pękł dopiero wczoraj wieczorem? Nie do końca potrafiła odpowiedzieć na te wszystkie pytania.
Musiała uwierzyć ojcu, bez względu na to w jakim stanie się teraz, czy wcześniej znajdował, Gerard od zawsze był jej wzorem do naśladowania, nawet jeśli się nieco zagubił. Musiała mu uwierzyć, wesprzeć go w tym, tak jak on zawsze wspierał ją. Będzie musiała porozmawiać z Thoranem na temat tego konia.
- Ja ci wierzę, tato... - Szepnęła cicho. Tyle, że ojciec już się do niej nie odezwał. Usłyszała za to jak osuwa się na bok. Najwyraźniej postanowił sobie uciąć drzemkę.
Nie miała pojęcia, co powinna zrobić, nie zamierzała go tutaj zostawić, wolałaby jednak uniknąć wzroku zbyt wielkiej ilości służby, tylko przenieść go po cichu. Przeniosła jeszcze spojrzenie na tego konia, coraz bardziej do niej docierało, że wyglądał jakby był stworzony specjalnie dla niej, ojciec musiał poświęcić trochę czasu, aby wybrać taki okaz.
!rozwiążzagadkę