07.05.2024, 17:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.05.2024, 17:31 przez Anthony Shafiq.)
– Odmowa? Absolutnie nie. Odmowa i brak kontrpropozycji, brak listów, brak wieści, brak... brak czegokolwiek! – Dawał w końcu wybrzmieć temu co kisił w sobie długie miesiące zastanawiania się co zrobił nie tak, co mógłby zrobić więcej, bardziej, gdzie popełnił błąd. Zaczął mrugać, by jakoś zgubić to wrażenia przesuszonych oczu, wciąż wściekły, wciąż rozjuszony tym, że w ogóle tego tematu dotykali. A słowa jak nie chciały, tak nie przychodziły. – Skąd miałem wiedzieć, że w ogóle jeszcze jesteś... że chcesz... że... – odetchnął głęboko i ujął nasadę nosa w palec wskazujący i kciuk, próbując jakkolwiek odzyskać pion, kiedy wiało tak mocno. To było upokarzające, ale być może uczucia, które w sobie nosił miały to wpisane w swoją naturę.
Z drugiej strony prowokowanie czasem było potrzebne. Konfrontacja. Ten gniew i brak zgody na zastaną rzeczywistość. Przyparcie do ściany, nie tej prawdziwiej a metaforycznej, zwłaszcza gdy ta druga strona okazywała się unikać tematu, a ów unikanie wprowadziło zdecydowanie więcej nieporozumień, niż gdyby wyjaśnić sprawę od razu. Problem nierozwiązany tylko narastał, a wszystko – tak słowa, jak i gesty – wskazywało na to, że ochłodzenie ich relacji, poluźnienie łączącej ich nici nie tylko było Anthony'emu nie w smak, ale też z jakiś powodów stało się dla niego wrażliwą i bolesną sprawą.
Kolejne słowa dochodziły do niego jak przez mgłę. Były dużą ilością słów, kiedy on teraz, w takim bardzo prostolinijnym trybie potrzebował tak albo nie, aby wiedzieć z jakiego powodu nie zaśnie tej nocy, mimo obezwładniającego zmęczenia podpartego solidnym pierwszym posiłkiem tego dnia i wypitą butelką wina. Wymówki, same wymówki, myślał sobie z początku a potem nagle dotarła do niego wzmianka o wolniejszej drugiej połowie miesiąca i propozycja. Coś.
– Upiora... khm... grają Upiora w operze – uściślił głucho, pozwalając sobie na refleksję, że dla Longbottoma byłby to materiał zdecydowanie przystępniejszy niż Verdi. Już nie wchodził w dyskusję o tym, że musical Webera mimo że bardzo popularny, bardzo pasował swoją przaśnością do jarmarku, którego ponoć Erik chciał mu oszczędzić. On sam nie zamierzał się na to wybierać wcześniej, nie miał biletów, ale szczęśliwie jako mecenas miał abonamentowo zarezerwowaną jedną z lóż przez cały sezon. Taką, na której bardzo kiepsko było cokolwiek widać, ale za to dźwięk dochodził bez najmniejszej skazy.
Przełknął głośno ślinę na wzmiankę o przystani i jachcie, ale wzrok miał utkwiony w tańczących płomieniach zdobiących ściany. Bycie na wodzie nie oznaczało przecież bycia w wodzie. Na takiej sążnistej konstrukcji nic nie powinno się stać, nie powinna ona nagle zacząć przeciekać i tonąć, nie powinna nagle się przechylić do góry dnem, nie powinna gwałtownie odpłynąć, gdy się na nią wchodzi. Z resztą Erik tyle razy zarzekał się, że w razie czego go uratuje, prawda? Co się mogło złego stać, jakie potwory mogły wychynąć z wodnych odmętów, jakie śmierdzące rybą macki mogłyby wedrzeć się do ich gardeł, sięgnąć po ich dusze. Wzdrygnął się mimowolnie i przymknął oczy na moment, by skupić się na wrażeniu ciepła na skórze, na ochronnym ogniu, kojącej, niebujającej przestrzeni.
Nie nazwałby siebie odważnym. Zdecydowanie nie w tej sytuacji.
Czuł na sobie bijące od kominka ciepło, ale bardziej paliło go spojrzenie przenikliwych oczu Erika, który nawet nie udawał, że nie lustruje go ze swojej wygodnej pozycji. Nie odpowiedział mu od razu, wpierw uspokoił się na tyle, by móc w końcu wrzucić z siebie słowa, które wbrew oczekiwaniom nie były wycofywaniem się rakiem z rzucanych w gniewie propozycji.
– Naprawdę Eriku. Naprawdę jestem. – Brzmiał na przygnębionego, ale zwyczajnie czuł się pokonany tą sytuacją, dniem, miesiącem, rokiem. W uszach mu dzwoniło przekonanie, że komu zależy bardziej, ten zawsze przegrywa. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że tym wybuchem tylko tracił w oczach towarzyszącego mu mężczyzny, a któremu ów wybuch w żaden sposób nie dopomagał w trudnej sytuacji związanej z zupełnie kim innym. Powoli podciągnął do siebie nogi i zsunął je z łóżka, obracając się i siadając na skraju, podpierając się rękoma tak, by nie zapaść się w sobie. – Przepraszam, nie powinienem krzyczeć. Masz i tak za sobą ciężki dzień.
Z drugiej strony prowokowanie czasem było potrzebne. Konfrontacja. Ten gniew i brak zgody na zastaną rzeczywistość. Przyparcie do ściany, nie tej prawdziwiej a metaforycznej, zwłaszcza gdy ta druga strona okazywała się unikać tematu, a ów unikanie wprowadziło zdecydowanie więcej nieporozumień, niż gdyby wyjaśnić sprawę od razu. Problem nierozwiązany tylko narastał, a wszystko – tak słowa, jak i gesty – wskazywało na to, że ochłodzenie ich relacji, poluźnienie łączącej ich nici nie tylko było Anthony'emu nie w smak, ale też z jakiś powodów stało się dla niego wrażliwą i bolesną sprawą.
Kolejne słowa dochodziły do niego jak przez mgłę. Były dużą ilością słów, kiedy on teraz, w takim bardzo prostolinijnym trybie potrzebował tak albo nie, aby wiedzieć z jakiego powodu nie zaśnie tej nocy, mimo obezwładniającego zmęczenia podpartego solidnym pierwszym posiłkiem tego dnia i wypitą butelką wina. Wymówki, same wymówki, myślał sobie z początku a potem nagle dotarła do niego wzmianka o wolniejszej drugiej połowie miesiąca i propozycja. Coś.
– Upiora... khm... grają Upiora w operze – uściślił głucho, pozwalając sobie na refleksję, że dla Longbottoma byłby to materiał zdecydowanie przystępniejszy niż Verdi. Już nie wchodził w dyskusję o tym, że musical Webera mimo że bardzo popularny, bardzo pasował swoją przaśnością do jarmarku, którego ponoć Erik chciał mu oszczędzić. On sam nie zamierzał się na to wybierać wcześniej, nie miał biletów, ale szczęśliwie jako mecenas miał abonamentowo zarezerwowaną jedną z lóż przez cały sezon. Taką, na której bardzo kiepsko było cokolwiek widać, ale za to dźwięk dochodził bez najmniejszej skazy.
Przełknął głośno ślinę na wzmiankę o przystani i jachcie, ale wzrok miał utkwiony w tańczących płomieniach zdobiących ściany. Bycie na wodzie nie oznaczało przecież bycia w wodzie. Na takiej sążnistej konstrukcji nic nie powinno się stać, nie powinna ona nagle zacząć przeciekać i tonąć, nie powinna nagle się przechylić do góry dnem, nie powinna gwałtownie odpłynąć, gdy się na nią wchodzi. Z resztą Erik tyle razy zarzekał się, że w razie czego go uratuje, prawda? Co się mogło złego stać, jakie potwory mogły wychynąć z wodnych odmętów, jakie śmierdzące rybą macki mogłyby wedrzeć się do ich gardeł, sięgnąć po ich dusze. Wzdrygnął się mimowolnie i przymknął oczy na moment, by skupić się na wrażeniu ciepła na skórze, na ochronnym ogniu, kojącej, niebujającej przestrzeni.
Nie nazwałby siebie odważnym. Zdecydowanie nie w tej sytuacji.
Czuł na sobie bijące od kominka ciepło, ale bardziej paliło go spojrzenie przenikliwych oczu Erika, który nawet nie udawał, że nie lustruje go ze swojej wygodnej pozycji. Nie odpowiedział mu od razu, wpierw uspokoił się na tyle, by móc w końcu wrzucić z siebie słowa, które wbrew oczekiwaniom nie były wycofywaniem się rakiem z rzucanych w gniewie propozycji.
– Naprawdę Eriku. Naprawdę jestem. – Brzmiał na przygnębionego, ale zwyczajnie czuł się pokonany tą sytuacją, dniem, miesiącem, rokiem. W uszach mu dzwoniło przekonanie, że komu zależy bardziej, ten zawsze przegrywa. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że tym wybuchem tylko tracił w oczach towarzyszącego mu mężczyzny, a któremu ów wybuch w żaden sposób nie dopomagał w trudnej sytuacji związanej z zupełnie kim innym. Powoli podciągnął do siebie nogi i zsunął je z łóżka, obracając się i siadając na skraju, podpierając się rękoma tak, by nie zapaść się w sobie. – Przepraszam, nie powinienem krzyczeć. Masz i tak za sobą ciężki dzień.