07.05.2024, 07:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.05.2024, 17:31 przez Anthony Shafiq.)
– Jaki dostęp masz na myśli? Do nowej winnicy czy nowej butelki wina? – rozumiał jego argumentację, choć nigdy tak na prawdę sam nie miał takich wniosków i potrzeb. Francuskie pola nie były azylem, a prezentem za dawną przysługę, od samego początku budował na nim swoją markę wśród ludzi między którymi się obracał. Jak wiele radości sprawiała fontanna plująca czerwonym winem? Jak wiele radości sprawiał fakt, że każdy, kto dostawał butelkę, mógł byle jak, ale zawsze, pomyśleć sobie o nim? Z hiszpańskim winem było inaczej, to do niego należała decyzja i wybór. I kiedy był w Hiszpanii sam, spędził łudząco podobny rajd degustacyjny do pewnego Longbottoma, który teraz sarkał na niego, zakopany w jedwabną pościel. I właśnie wino, które sobie teraz dolewał było tym, które zostało z nim na dłużej.
– Masz rację, przemyślę jak chce podchodzić do tego miejsca – odpowiedział pojednawczo, ale chyba w żaden sposób nie załagodziło to ich obecnej sytuacji.
Obaj byli zmęczeni. Oboje mieli coraz mniej sił, by trzymać gardę.
Anthony rzadko kiedy widywał się w roli nauczyciela czy guwernera, mając zbyt mocno osadzone w głowie wyobrażenie takowego oparte na postaci własnych guwernerów i tego, jak bardzo od nich odstaje. Zapytany w temacie odpowiedziałby pewnie, że najlepiej porozmawiać o tym z jego najbliższymi pracownikami. Spytać o to, czy jest dobrym mentorem. Był świadom, że potrafi wiele dać od siebie innym, okłamując się czasem, że powodowały nim tylko merkantylne pobudki tego, aby zespół był jak najbardziej efektywny. Inaczej się miała jednak rzecz wobec Erika, przy którym różnica wieku wręcz sugerowała jako domyślny układ mistrzowsko-uczniowski. Wbrew jednak oczekiwaniom Shafiq absolutnie nie chciał znajdować się w tej pozycji, mimo, że podsuwał mu nowe, nieznane wcześniej doświadczenia i informacje, mimo, że poprawiał go regularnie. To raczej był odruch, chęć współdzielenia się z kimś, zaimponowania mu, aniżeli wola związana z kształtowaniem drugiej osoby, podług własnego pomysłu. Może nieco romantycznie uznawał bowiem, że w relacji, w związku - jakikolwiek by nie był - chodzi o wzajemny wzrost, inspirowanie się i pragnienie zmiany na lepsze, a nie mgliste splatanie roli nauczyciela, opiekuna i kochanka. Zbyt blisko bylo temu do dominowania swoją osobą każdej strefy życia i czynienie z drugiej istoty swojego osobistego podnóżka. To nie było porządane, a przynajmniej nie na stałe, nie poza drzwiami sypialni. W tym znaczeniu to zawsze był tylko element gry.
Tymczasem wzajemny wzrost, inspirowanie się i pragnienie zmiany na lepsze właśnie wybuchało mu w twarz rosnącymi po jego prawej stronie dąsami. Byli zmęczeni, ta rozmowa, te bardzo wrażliwe tematy nie mogła mieć gorszego terminu i okoliczności. A może właśnie tego potrzebował bardziej niż czegokolwiek innego? Braku sił, by udawać nadal, że ten układ kiedykolwiek im odpowiadał? Z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że nieoczekiwanie cicha deklaracja, nieśmiałe wyznanie potoczyło się śnieżną kulą w bardzo dziwne tereny. Jego uszy stały się w całości czerwone, oddech spłycił się, a ciało stężało i tylko ścięgno na skroni poruszało się zgodnie z pulsem, potwierdzając, że Shafiq nie był pod wpływem Drętwoty. Wręcz przeciwnie, słuchał wszystkiego co wyrzucał z siebie Erik, a co może byłoby przemilczane, albo bardziej zawoalowane, gdyby czuł się lepiej. Czy on właśnie miał do niego żal o to, że się przestali widywać? Informacja, która powinna być jak najbardziej pozytywna, dosypywała tylko węgla do gniewu, który zaczął wewnętrznie szarpać Anthonym.
– Miałeś równie łatwy dostęp do sowy pocztowej, co i ja, więc nie zachowuj się tak, jakbym to ja zerwał z tobą kontakt. – wycedził sucho, nie tyle co przedrzeźniając go co punktując podwójne standardy tej wypowiedzi.– Czy mi się tylko zdaje, czy nie pisałeś do mnie, chyba tylko po to, żeby odpowiedzieć na moją korespondencję? Tak było teraz, tak było wcześniej, tak było i sześć lat temu kiedy...– umilkł, bo przecież nie było sensu tak daleko wybiegać, nagle odbijać piłeczki, że proszę, jak wrócili z Włoch to w żaden sposób nie padła z erikowej strony żadna propozycja spotkania. Żadna! Sowy działają w obie strony. Dobre sobie!
– I wiesz doskonale o co pytam i czemu się dziwie! Że nie chodzi mi o to czy Ty będziesz, czy Cię nie będzie w Warowni, tylko że w ogóle chcesz się ze mną... – urwał znów, wściekły na Erika, wściekły na siebie, że słowa giną mu, pierzchają przed nim w przerażeniu, pozostawiając urwane myśli i zdania. Był wściekły na Sewelyna, czy z kimkolwiek rano spotkał się Longbottom, bo to nie powinno być tak, że złamane serce leczyło się kłótnią w temacie zupełnie innej relacji, zupełnie innego złamanego serca... Pewnie gdyby byli bohaterami musicalu, Anthony zacząłby śpiewać, bo emocji było zbyt wiele na to, by mówić. Na szczęście dla obojga, pianino stojące w rogu milczało.
– Dobrze! – wyrzucił z siebie nagle, wznosząc na moment oczy do sufitu, nie mogąc umysłem ogarnąć kim jest Erik i jak to się stało, że pozostawał jedyną osobą, która była go w stanie tak wyprowadzić z równowagi. Od zawsze, zero spokoju. Nie żeby za tym nie tęsknił, nie żeby tego nie pragnął tak często jak tylko się dało. To brzmiało jak jakiś cel w obliczu nowych danych. – Fantastycznie, tak? Świetnie. - mówił raczej do siebie, łapiąc oddech i kręcąc z niedowierzaniem głową – To idźmy gdzieś razem. – brzmiało to raczej, jak "to nigdy więcej się nie widźmy", ale słowa pozostawały słowem, propozycją rzuconą z całym ładunkiem emocjonalnym, który nagle zaczął się z niego wylewać. – W najbliższym tygodniu. Ty, ja, randka. – Aż go uszy bolały od tego jak prymitywnie brzmiał, z drugiej strony jednak nie mógł zaprzeczyć, że czasem właśnie prostota i bruistyczne metody działały dla nich najlepiej. Nie tylko w tych energicznych sposobach spędzania czasu. – Może być Ritz, może być...– zakręcił kieliszkiem przed sobą, przez całą tą wymianę zdań nawet nie patrząc w stronę drugiego mężczyzny – może być cokolwiek co Ci odpowiada, nawet te Twoje... frytki i precle! Wybierz miejsce, ja wybiorę następnym razem coś co jest w obrębie kraju. Proszę, inicjatywa raz!– żachnął się, po czym zmył gorycz z ust całym kieliszkiem wina wypitym na raz. Jak zerwanie plastra. Mógł przecież to zrobić już dawno, prawda? Szkoda, że strach przed odmową zdawał się gorszym, niż trwanie w bezruchu, niewiedzy, domysłach, biernej akceptacji losu. Teraz jednak przyparty do muru, zmiękczony godziną i alkoholem po prostu nie miał innego wyjścia. Trudno.
– Masz rację, przemyślę jak chce podchodzić do tego miejsca – odpowiedział pojednawczo, ale chyba w żaden sposób nie załagodziło to ich obecnej sytuacji.
Obaj byli zmęczeni. Oboje mieli coraz mniej sił, by trzymać gardę.
Anthony rzadko kiedy widywał się w roli nauczyciela czy guwernera, mając zbyt mocno osadzone w głowie wyobrażenie takowego oparte na postaci własnych guwernerów i tego, jak bardzo od nich odstaje. Zapytany w temacie odpowiedziałby pewnie, że najlepiej porozmawiać o tym z jego najbliższymi pracownikami. Spytać o to, czy jest dobrym mentorem. Był świadom, że potrafi wiele dać od siebie innym, okłamując się czasem, że powodowały nim tylko merkantylne pobudki tego, aby zespół był jak najbardziej efektywny. Inaczej się miała jednak rzecz wobec Erika, przy którym różnica wieku wręcz sugerowała jako domyślny układ mistrzowsko-uczniowski. Wbrew jednak oczekiwaniom Shafiq absolutnie nie chciał znajdować się w tej pozycji, mimo, że podsuwał mu nowe, nieznane wcześniej doświadczenia i informacje, mimo, że poprawiał go regularnie. To raczej był odruch, chęć współdzielenia się z kimś, zaimponowania mu, aniżeli wola związana z kształtowaniem drugiej osoby, podług własnego pomysłu. Może nieco romantycznie uznawał bowiem, że w relacji, w związku - jakikolwiek by nie był - chodzi o wzajemny wzrost, inspirowanie się i pragnienie zmiany na lepsze, a nie mgliste splatanie roli nauczyciela, opiekuna i kochanka. Zbyt blisko bylo temu do dominowania swoją osobą każdej strefy życia i czynienie z drugiej istoty swojego osobistego podnóżka. To nie było porządane, a przynajmniej nie na stałe, nie poza drzwiami sypialni. W tym znaczeniu to zawsze był tylko element gry.
Tymczasem wzajemny wzrost, inspirowanie się i pragnienie zmiany na lepsze właśnie wybuchało mu w twarz rosnącymi po jego prawej stronie dąsami. Byli zmęczeni, ta rozmowa, te bardzo wrażliwe tematy nie mogła mieć gorszego terminu i okoliczności. A może właśnie tego potrzebował bardziej niż czegokolwiek innego? Braku sił, by udawać nadal, że ten układ kiedykolwiek im odpowiadał? Z zaskoczeniem zdał sobie sprawę, że nieoczekiwanie cicha deklaracja, nieśmiałe wyznanie potoczyło się śnieżną kulą w bardzo dziwne tereny. Jego uszy stały się w całości czerwone, oddech spłycił się, a ciało stężało i tylko ścięgno na skroni poruszało się zgodnie z pulsem, potwierdzając, że Shafiq nie był pod wpływem Drętwoty. Wręcz przeciwnie, słuchał wszystkiego co wyrzucał z siebie Erik, a co może byłoby przemilczane, albo bardziej zawoalowane, gdyby czuł się lepiej. Czy on właśnie miał do niego żal o to, że się przestali widywać? Informacja, która powinna być jak najbardziej pozytywna, dosypywała tylko węgla do gniewu, który zaczął wewnętrznie szarpać Anthonym.
– Miałeś równie łatwy dostęp do sowy pocztowej, co i ja, więc nie zachowuj się tak, jakbym to ja zerwał z tobą kontakt. – wycedził sucho, nie tyle co przedrzeźniając go co punktując podwójne standardy tej wypowiedzi.– Czy mi się tylko zdaje, czy nie pisałeś do mnie, chyba tylko po to, żeby odpowiedzieć na moją korespondencję? Tak było teraz, tak było wcześniej, tak było i sześć lat temu kiedy...– umilkł, bo przecież nie było sensu tak daleko wybiegać, nagle odbijać piłeczki, że proszę, jak wrócili z Włoch to w żaden sposób nie padła z erikowej strony żadna propozycja spotkania. Żadna! Sowy działają w obie strony. Dobre sobie!
– I wiesz doskonale o co pytam i czemu się dziwie! Że nie chodzi mi o to czy Ty będziesz, czy Cię nie będzie w Warowni, tylko że w ogóle chcesz się ze mną... – urwał znów, wściekły na Erika, wściekły na siebie, że słowa giną mu, pierzchają przed nim w przerażeniu, pozostawiając urwane myśli i zdania. Był wściekły na Sewelyna, czy z kimkolwiek rano spotkał się Longbottom, bo to nie powinno być tak, że złamane serce leczyło się kłótnią w temacie zupełnie innej relacji, zupełnie innego złamanego serca... Pewnie gdyby byli bohaterami musicalu, Anthony zacząłby śpiewać, bo emocji było zbyt wiele na to, by mówić. Na szczęście dla obojga, pianino stojące w rogu milczało.
– Dobrze! – wyrzucił z siebie nagle, wznosząc na moment oczy do sufitu, nie mogąc umysłem ogarnąć kim jest Erik i jak to się stało, że pozostawał jedyną osobą, która była go w stanie tak wyprowadzić z równowagi. Od zawsze, zero spokoju. Nie żeby za tym nie tęsknił, nie żeby tego nie pragnął tak często jak tylko się dało. To brzmiało jak jakiś cel w obliczu nowych danych. – Fantastycznie, tak? Świetnie. - mówił raczej do siebie, łapiąc oddech i kręcąc z niedowierzaniem głową – To idźmy gdzieś razem. – brzmiało to raczej, jak "to nigdy więcej się nie widźmy", ale słowa pozostawały słowem, propozycją rzuconą z całym ładunkiem emocjonalnym, który nagle zaczął się z niego wylewać. – W najbliższym tygodniu. Ty, ja, randka. – Aż go uszy bolały od tego jak prymitywnie brzmiał, z drugiej strony jednak nie mógł zaprzeczyć, że czasem właśnie prostota i bruistyczne metody działały dla nich najlepiej. Nie tylko w tych energicznych sposobach spędzania czasu. – Może być Ritz, może być...– zakręcił kieliszkiem przed sobą, przez całą tą wymianę zdań nawet nie patrząc w stronę drugiego mężczyzny – może być cokolwiek co Ci odpowiada, nawet te Twoje... frytki i precle! Wybierz miejsce, ja wybiorę następnym razem coś co jest w obrębie kraju. Proszę, inicjatywa raz!– żachnął się, po czym zmył gorycz z ust całym kieliszkiem wina wypitym na raz. Jak zerwanie plastra. Mógł przecież to zrobić już dawno, prawda? Szkoda, że strach przed odmową zdawał się gorszym, niż trwanie w bezruchu, niewiedzy, domysłach, biernej akceptacji losu. Teraz jednak przyparty do muru, zmiękczony godziną i alkoholem po prostu nie miał innego wyjścia. Trudno.