05.05.2024, 23:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.05.2024, 00:06 przez Anthony Shafiq.)
Rozmowa z Erikiem tego wieczoru, przypominała Anthony'emu podróż w głąb malinowego chruśniaku. Z jednej strony soczyste czarne owoce kusiły słodyczą. Dociążały smukłe, ciemnobrunatne witki krzewu, pyszniły się pośród liści dających okrycie nie dla jednej, a dwóch osób, pragnących schować się, ale i spędzić czas przyjemnie. Wszelkie delikatne gesty, słowa współdzielonej tęsknoty, wzajemnej atencji, która kto wie, może nie zagasła w popiołach minionych lat, to wszystko rozgniatane w dłoni ściekało sokiem wzdłuż linii nadgarstka, zapraszało rozchylenia warg, do pochylenia się pośród krzewów... Krzewów kolczastych, krzewów potrafiących się bronić rozsianymi twardymi igłami, które wchodziły między włosy, szarpały ubrania. Ostrożność była wskazana, ale co rusz skórę dotkliwie ranił kolejny cierń, nie pozwalając czerpać przyjemności takiej, jaką powinna być.
Jedną z ostatnich rzeczy, którą o Anthonym można było powiedzieć, to to, że był skromny, nie wszedł więc z polemikę z Erikiem, nie było to przecież kłamstwo, a ledwie kpina mająca poprawić mu humor. Figura retoryczna wodząca za nos, odsuwająca myśli od tego co ciemne i nieprzejednane. Bardzo prawdopodobnym było, że w omawianiu bieżącego konfliktu mówiłby więcej o lokalnych zmartwieniach, które stawały się coraz bardziej realnym zagrożeniem dla kruchej równowagi łagodnej i wygodnej ignorancji ogółu. Ale mężczyzna prosił o rozrywkę, nie zaś polityczno-ekonomiczne wynurzenia, czy – być może równie potrzebne – rzeczowe opracowanie możliwości i wspólnych zaradczych strategii. Dlatego też Shafiq nie dziwił się przywołaniu przez Longbottoma dwóch śmiesznych tytułów, które uzyskał w ostatnim czasie. Nie zdążył jednak skomentować kryteriów, którymi według niego kierowali się głosujący czarodzieje (a może przede wszystkim czarodziejki), ani chociaż wypomnieć mu że między etyką a etykietą jest jednak sporą różnica, kiedy padły słowa o wieczornym motywowaniu do lektury. O tym że był skuteczny w przekonywaniu. Cóż, czas przeszły jak najsłuszniej użyty, czas przeszły dokonany. Mógłby robić mu wyrzuty, mógłby składać żałosne w wydźwięku propozycje. Powinien zadrwić z tego. Powinien zażartować ze słabego wzroku i sugerować, że teraz Erik miałby podwójną motywację, by sięgać gdzieś w okolicy po książkę. W okolicy pięciu kroków. Czterech. Trzech... Zamiast tego milczał, skupiony na jedzeniu, dając wybrzmieć ciszy, która nastała po erikowych słowach. Dając po chwili popłynąć rozmowie dalej, w inne rejony, z nadzieją, że będą mniej bolesne, mniej cierniste.
Chruśniak jednak zagęszczał się i stawał z każdym krokiem coraz większą plątaniną możliwych pułapek dla kogoś, kto chciał po prostu być, po prostu pomóc. Osoba Geraldine Yaxley trafiła na czarną listę Anthony'ego, na pół świadomie, choć wiedział, że kierowały nim w tamtej chwili absolutnie niskie pobudki. Przyszła do niego refleksja, że w obecnym wieku Erika był już wdowcem i zastanawiał się za jaki czas rodzina Longbottomów zacznie naciskać. Naciskać bardziej. Zacznie podsuwać mu potencjalne towarzyszki, może w mniej apodyktyczny sposób, ale wciąż... Warownia wymagała nowej krwi, ciągłości pokoleń, a pan Najdroższy Czarodziej Wielkiej Brytanii, drugi Najbardziej Pożądany Kawaler tylko czekał na wykonanie politycznego ruchu. Panna Yaxley zdawała się być całkiem dobrym typem. Znali się od dawna. Przyjaciółka, której mógł ufać, która mogłaby zrozumieć szeroki wachlarz zainteresowań i potrzeb swojego przyszłego męża. Anthony powinien, jako wdowiec, być ostatnim, który poddawałby ten proceder surowej ocenie, a jednak kilka chwil wcześniej w teatrze, widok roześmianej pary tak blisko, tak bezpośrednio ku sobie się skłaniającej, sprawił, że absolutnie nie mógł skupić się na sztuce. Tym bardziej później, gdy próżno szukał znajomego głosu pośród tłumu słuchaczy, znajomej głowy górującej nad innymi.
To wszystko zdawało się głupie i niedorzeczne, gdy Erik powrócił myślą i poniekąd swoją opowieścią o ludziach szukających leków i ochrony do Beltane, do trudów i odpowiedzialności, którą brał każdego dnia na siebie. Anthony dostrzegał w jego mimice geny własnego przyjaciela i te same niepokojące objawy. Przemęczenie, przeciążenie, martyrologię tych co przetrwali, tych którzy nie doświadczyli losu martwych i pogruchotanych i obwiniali się o to, że przeżyli. Dostrzegał skazaną na porażkę próbę odwrócenia się od tego faktu, własnych emocji, myśli, które uciekały do i z miejsca kaźni, krążąc i cierpiąc, próbując rozpaczliwie przepracować to, co się zadziało, a jednocześnie wypierając ból, unikając go, szukając tematów zastępczych, emocji zastępczych. Chciał do niego sięgnąć, chciał powrócić do miękkiego uścisku, ochronić w ramionach głowę i szeptać w nią zaklęcia spokojnego snu, w końcu pozbawionego koszmarów, a pełnego regeneracyjnej siły. Nucić pieśni o poległych ale też, a może przede wszystkim o bohaterstwie tych, którzy przeżyli, którzy co dnia odnajdują siłę, by iść przed siebie. Choć Anthony unikał jak mógł bezpośredniego udziału w konflikcie, unikał jakiegokolwiek zaangażowania, czy opowiadania się po którejkolwiek ze stron, to podziwiał ze wszechmiar postawę Erika, wojownika, który się nie poddawał mimo tego, że barki coraz mocniej ciążyły mu do ziemi. Chciał pomóc, chciał ulżyć, chciał zaciągnąć go na swoje włości... Mimo wszystkich sił zebranych, aby nie pokazywać więcej, niż było to konieczne, aby zachować lekki ton salonowej konwersacji, Anthony poruszył się niespokojnie na krześle i momentalnie uciekł wzrokiem w swój talerz, nie wiedząc nawet jak ma ukryć fakt, że słowami da się go tak łatwo skrzywdzić. Ale może to nie była kwestia doboru słów. Może to była kwestia tego, kto je wypowiadał.
– Tak... zobowiązania na miejscu. Pisałeś mi przecież. – powiedział tylko, ledwie panując nad swoim głosem. Znał przecież jego temperament. Nie powinien był go oceniać, od początku wiedział jakie są zasady tej gry. Od początku wiedział, że jakiś wyjazd będzie tym ostatnim.
Więc wino, a in vino veritas, gdzież mogłaby być większa prawda o jego minionym roku niż w tym dojmująco ciężkim, wytrawnym winie?
– Żeby lekcje miały sens, ktoś musiałby się na nich pojawiać. Nawet najmądrzejszy profesor jest tylko szaleńcem gadającym do siebie, bez pary zasłuchanych cudzych uszu. Z resztą... jesteś pewien, że Warownia przyjęłaby w swe mury kogokolwiek, kto nie potrafi poprawnie utrzymać gardy, że o jakimkolwiek skutecznym trafianiu nie wspomnieć? – Chwila oddechu, przy sekretarzyku, wycofanie się o kilka kroków, by nabrać dystansu, perspektywy. Sięgnął po tacę z małymi kruchymi ciasteczkami, ozdobionymi finezyjnie kremem, oprószonymi równo ściętymi, pozbawionymi gorzkiej skórki bakaliami. Usłyszawszy opowieść o nadchodzącej jesieni uśmiechnął się tylko lekko i skinął głową na znak, że przyjmuje jego odpowiedź, tak adekwatną wobec deszczu stukającego o dach i drew trzaskających w kominku. Jesień i zima, czas kiedy potrzeba było słodyczy, by nie lękać się demonów ukrytych w ciemnych kątach własnego umysłu.
Przeszedł dwa kroki do łóżka i wsunął na środek płaszczyzny otulonej gładką pościelą przekąski, następnie wrócił do stołu by zabrać kielich i upić z niego sążniste dwa łyki. Znał już doskonale ten smak, nie musiał zastanawiać się nad tym, co czuje, gdy dojrzałe garbniki wgryzają się w język, a śliwka niesie skojarzenie z dobrze skruszałą dziczyzną. I kakao, słodkie i ciepłe, rozgrzewające w długą polarną noc. Nagle zrozumiał ze zdwojoną mocą, czemu akurat ten szczep, ta winiarnia tak bardzo przypadły mu do gustu. Zrozumiał, że już nigdy nie będzie mógł myśleć o nikim innym, gdy w ustach poczuje cierpkość słów z zawoalowaną, nieoczywistą sugestią deseru ukrytą dla nieuważnego obserwatora. Westchnął, odstawiając butelkę na szafkę u wezgłowia po drugiej stronie łóżka, tej bliższej sekretarzykowi i drzwiom do łazienki. Kilka kroków, a poczuł się nieco lepiej, kilka chwil ciszy, a myśli znów mogły popłynąć swobodniej. – A zatem postanowione. Doprawdy nie wiem czemu tak długo się wahałem. Dam im jutro znać, by przygotowali umowę. – Usiadł wygodnie, opierając plecy o miękkie poduszki. Sięgnął po jedno z ciasteczek i bez wahania schrupał je, choć przygotowane były przede wszystkim z myślą o gościu. – Będę posłańcem dobrej nowiny i przyniosę im w listopadowy czwartek beaujolais nouveau. Jestem pewien, że Hiszpanie nie mają tej wspaniałej tradycji degustacji rocznego wina, co Francuzi... Myślisz, że się przyjmie? – Zamyślił się na moment, zupełnie jakby absolutnie pochłonęła go myśl o nowej zabawce. Trochę była to poza, a zdecydowanie była to ucieczka przed ostrymi kolcami malinowych krzaków. – Castillo del dragones brzmi trochę gorzej niż Château des dragons, nie sądzisz? Myślałem o tym, żeby utrzymać nazwę domu, ale coś mi w niej nie gra.– podzielił się rozterką kołysząc kryształem, nie patrząc w stronę Erika, jakby samo spojrzenie mogłoby go zniechęcić przed odpoczynkiem w zdecydowanie wygodniejszym od krzesła miejscu.
Jedną z ostatnich rzeczy, którą o Anthonym można było powiedzieć, to to, że był skromny, nie wszedł więc z polemikę z Erikiem, nie było to przecież kłamstwo, a ledwie kpina mająca poprawić mu humor. Figura retoryczna wodząca za nos, odsuwająca myśli od tego co ciemne i nieprzejednane. Bardzo prawdopodobnym było, że w omawianiu bieżącego konfliktu mówiłby więcej o lokalnych zmartwieniach, które stawały się coraz bardziej realnym zagrożeniem dla kruchej równowagi łagodnej i wygodnej ignorancji ogółu. Ale mężczyzna prosił o rozrywkę, nie zaś polityczno-ekonomiczne wynurzenia, czy – być może równie potrzebne – rzeczowe opracowanie możliwości i wspólnych zaradczych strategii. Dlatego też Shafiq nie dziwił się przywołaniu przez Longbottoma dwóch śmiesznych tytułów, które uzyskał w ostatnim czasie. Nie zdążył jednak skomentować kryteriów, którymi według niego kierowali się głosujący czarodzieje (a może przede wszystkim czarodziejki), ani chociaż wypomnieć mu że między etyką a etykietą jest jednak sporą różnica, kiedy padły słowa o wieczornym motywowaniu do lektury. O tym że był skuteczny w przekonywaniu. Cóż, czas przeszły jak najsłuszniej użyty, czas przeszły dokonany. Mógłby robić mu wyrzuty, mógłby składać żałosne w wydźwięku propozycje. Powinien zadrwić z tego. Powinien zażartować ze słabego wzroku i sugerować, że teraz Erik miałby podwójną motywację, by sięgać gdzieś w okolicy po książkę. W okolicy pięciu kroków. Czterech. Trzech... Zamiast tego milczał, skupiony na jedzeniu, dając wybrzmieć ciszy, która nastała po erikowych słowach. Dając po chwili popłynąć rozmowie dalej, w inne rejony, z nadzieją, że będą mniej bolesne, mniej cierniste.
Chruśniak jednak zagęszczał się i stawał z każdym krokiem coraz większą plątaniną możliwych pułapek dla kogoś, kto chciał po prostu być, po prostu pomóc. Osoba Geraldine Yaxley trafiła na czarną listę Anthony'ego, na pół świadomie, choć wiedział, że kierowały nim w tamtej chwili absolutnie niskie pobudki. Przyszła do niego refleksja, że w obecnym wieku Erika był już wdowcem i zastanawiał się za jaki czas rodzina Longbottomów zacznie naciskać. Naciskać bardziej. Zacznie podsuwać mu potencjalne towarzyszki, może w mniej apodyktyczny sposób, ale wciąż... Warownia wymagała nowej krwi, ciągłości pokoleń, a pan Najdroższy Czarodziej Wielkiej Brytanii, drugi Najbardziej Pożądany Kawaler tylko czekał na wykonanie politycznego ruchu. Panna Yaxley zdawała się być całkiem dobrym typem. Znali się od dawna. Przyjaciółka, której mógł ufać, która mogłaby zrozumieć szeroki wachlarz zainteresowań i potrzeb swojego przyszłego męża. Anthony powinien, jako wdowiec, być ostatnim, który poddawałby ten proceder surowej ocenie, a jednak kilka chwil wcześniej w teatrze, widok roześmianej pary tak blisko, tak bezpośrednio ku sobie się skłaniającej, sprawił, że absolutnie nie mógł skupić się na sztuce. Tym bardziej później, gdy próżno szukał znajomego głosu pośród tłumu słuchaczy, znajomej głowy górującej nad innymi.
To wszystko zdawało się głupie i niedorzeczne, gdy Erik powrócił myślą i poniekąd swoją opowieścią o ludziach szukających leków i ochrony do Beltane, do trudów i odpowiedzialności, którą brał każdego dnia na siebie. Anthony dostrzegał w jego mimice geny własnego przyjaciela i te same niepokojące objawy. Przemęczenie, przeciążenie, martyrologię tych co przetrwali, tych którzy nie doświadczyli losu martwych i pogruchotanych i obwiniali się o to, że przeżyli. Dostrzegał skazaną na porażkę próbę odwrócenia się od tego faktu, własnych emocji, myśli, które uciekały do i z miejsca kaźni, krążąc i cierpiąc, próbując rozpaczliwie przepracować to, co się zadziało, a jednocześnie wypierając ból, unikając go, szukając tematów zastępczych, emocji zastępczych. Chciał do niego sięgnąć, chciał powrócić do miękkiego uścisku, ochronić w ramionach głowę i szeptać w nią zaklęcia spokojnego snu, w końcu pozbawionego koszmarów, a pełnego regeneracyjnej siły. Nucić pieśni o poległych ale też, a może przede wszystkim o bohaterstwie tych, którzy przeżyli, którzy co dnia odnajdują siłę, by iść przed siebie. Choć Anthony unikał jak mógł bezpośredniego udziału w konflikcie, unikał jakiegokolwiek zaangażowania, czy opowiadania się po którejkolwiek ze stron, to podziwiał ze wszechmiar postawę Erika, wojownika, który się nie poddawał mimo tego, że barki coraz mocniej ciążyły mu do ziemi. Chciał pomóc, chciał ulżyć, chciał zaciągnąć go na swoje włości... Mimo wszystkich sił zebranych, aby nie pokazywać więcej, niż było to konieczne, aby zachować lekki ton salonowej konwersacji, Anthony poruszył się niespokojnie na krześle i momentalnie uciekł wzrokiem w swój talerz, nie wiedząc nawet jak ma ukryć fakt, że słowami da się go tak łatwo skrzywdzić. Ale może to nie była kwestia doboru słów. Może to była kwestia tego, kto je wypowiadał.
– Tak... zobowiązania na miejscu. Pisałeś mi przecież. – powiedział tylko, ledwie panując nad swoim głosem. Znał przecież jego temperament. Nie powinien był go oceniać, od początku wiedział jakie są zasady tej gry. Od początku wiedział, że jakiś wyjazd będzie tym ostatnim.
Więc wino, a in vino veritas, gdzież mogłaby być większa prawda o jego minionym roku niż w tym dojmująco ciężkim, wytrawnym winie?
– Żeby lekcje miały sens, ktoś musiałby się na nich pojawiać. Nawet najmądrzejszy profesor jest tylko szaleńcem gadającym do siebie, bez pary zasłuchanych cudzych uszu. Z resztą... jesteś pewien, że Warownia przyjęłaby w swe mury kogokolwiek, kto nie potrafi poprawnie utrzymać gardy, że o jakimkolwiek skutecznym trafianiu nie wspomnieć? – Chwila oddechu, przy sekretarzyku, wycofanie się o kilka kroków, by nabrać dystansu, perspektywy. Sięgnął po tacę z małymi kruchymi ciasteczkami, ozdobionymi finezyjnie kremem, oprószonymi równo ściętymi, pozbawionymi gorzkiej skórki bakaliami. Usłyszawszy opowieść o nadchodzącej jesieni uśmiechnął się tylko lekko i skinął głową na znak, że przyjmuje jego odpowiedź, tak adekwatną wobec deszczu stukającego o dach i drew trzaskających w kominku. Jesień i zima, czas kiedy potrzeba było słodyczy, by nie lękać się demonów ukrytych w ciemnych kątach własnego umysłu.
Przeszedł dwa kroki do łóżka i wsunął na środek płaszczyzny otulonej gładką pościelą przekąski, następnie wrócił do stołu by zabrać kielich i upić z niego sążniste dwa łyki. Znał już doskonale ten smak, nie musiał zastanawiać się nad tym, co czuje, gdy dojrzałe garbniki wgryzają się w język, a śliwka niesie skojarzenie z dobrze skruszałą dziczyzną. I kakao, słodkie i ciepłe, rozgrzewające w długą polarną noc. Nagle zrozumiał ze zdwojoną mocą, czemu akurat ten szczep, ta winiarnia tak bardzo przypadły mu do gustu. Zrozumiał, że już nigdy nie będzie mógł myśleć o nikim innym, gdy w ustach poczuje cierpkość słów z zawoalowaną, nieoczywistą sugestią deseru ukrytą dla nieuważnego obserwatora. Westchnął, odstawiając butelkę na szafkę u wezgłowia po drugiej stronie łóżka, tej bliższej sekretarzykowi i drzwiom do łazienki. Kilka kroków, a poczuł się nieco lepiej, kilka chwil ciszy, a myśli znów mogły popłynąć swobodniej. – A zatem postanowione. Doprawdy nie wiem czemu tak długo się wahałem. Dam im jutro znać, by przygotowali umowę. – Usiadł wygodnie, opierając plecy o miękkie poduszki. Sięgnął po jedno z ciasteczek i bez wahania schrupał je, choć przygotowane były przede wszystkim z myślą o gościu. – Będę posłańcem dobrej nowiny i przyniosę im w listopadowy czwartek beaujolais nouveau. Jestem pewien, że Hiszpanie nie mają tej wspaniałej tradycji degustacji rocznego wina, co Francuzi... Myślisz, że się przyjmie? – Zamyślił się na moment, zupełnie jakby absolutnie pochłonęła go myśl o nowej zabawce. Trochę była to poza, a zdecydowanie była to ucieczka przed ostrymi kolcami malinowych krzaków. – Castillo del dragones brzmi trochę gorzej niż Château des dragons, nie sądzisz? Myślałem o tym, żeby utrzymać nazwę domu, ale coś mi w niej nie gra.– podzielił się rozterką kołysząc kryształem, nie patrząc w stronę Erika, jakby samo spojrzenie mogłoby go zniechęcić przed odpoczynkiem w zdecydowanie wygodniejszym od krzesła miejscu.