04.05.2024, 18:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.05.2024, 19:53 przez Anthony Shafiq.)
Jego dłonie paliły, ale nic dziwnego skoro był najjaśniejszą ze wszystkich gwiazd. Ἥλιος, tu Anthony konsekwentnie pozostałby przy grece, bo jednak Sol brzmiało tak biednie, mało dumnie wobec energii bijącej z piersi słonecznego woźnicy. Jego dłonie paliły tym bardziej, że przez te ponad dwadzieścia miesięcy, a w ostatnim w szczególności, Anthony zdążył pogodzić się ze stratą, z faktem, że najprawdopodobniej już nigdy jego skóra nie zostanie przypalona w ten sposób, nie ogniem, a czułością gestu. Dla niego Erik przekraczał granicę, którą chciał strzec, przekraczał ją nieco bezmyślnie, arkadyjsko, w ogóle nie zauważając nic niewłaściwego w momencie, w którym dłoń znajduje się na cudzym karku, na cudzej twarzy. Z jednej strony takie gesty były dla nich codziennością kiedyś, intymnością zbudowaną, choć tylko w ściśle określonych warunkach, z dala od domu. Jak sen, bajka, opowieść do której zagląda się tylko wtedy, gdy chce się zapomnieć. Tym razem byli w Anglii, w prywatnej, a nie hotelowej sypialni, ale czyż wzorzec nie był ten sam? Czyż Erik nie chciał po prostu zapomnieć o tym, co było jego rzeczywistością? Shafiq zepchnął to niewygodne pytanie, jak wiele innych, które gnębiły go przy okazji tego spotkania i jego przebiegu, na rzecz pasywnego przyjmowania i dawania tego co zostanie mu wprost wyartykułowane. Zdawało się to po prostu bezpieczną strategią.
Czy byłby w stanie rzucić pracę w Ministerstwie? Czy Erik był gotowy usłyszeć, w imię autentyczności, prawdziwą odpowiedź na to pytanie? Twarz Anthony'ego przybrała lekceważący wyraz niedowierzania i drwiny.
– Chyba przeceniasz srogo ministerialny budżet przewidziany na skromnego szefa jednego z mniej istotnych wydziałów, równie mało istotnego departamentu. – Nie nosił szat Niewymownego, nie trzymał w ręce sądów i prawa, nie zarządzał całym budżetem magicznej Anglii. Och nie, on tylko decydował co może, a co nie może wjechać do kraju. Jakie są tego standardy, miary, cła... Nic istotnego, nic wzbudzającego sensację. Za to coś bardzo sprzyjające kreatywnej księgowości. Zagadki, które sprawiały przyjemność, choć na dłuższą metę, po 10 latach i uzyskaniu bardzo stabilnej pozycji potrafiące zwyczajnie nudzić. – Przyznaj się, nie mógłbyś znieść moich lekcji etyki oraz ustawicznego przypominaniu Ci o posiłku i wieczornej lekturze. No i język Erik, mam nadzieję, że w końcu opanowałeś chociaż podstawy francuskiego? – Pompował ten żart do zbliżającej się linii absurdu, obsadzając się w roli już nie tylko niańki ale i guwernera, tylko po to, by zapomnieć jak bardzo piekł go kark i muśnięte wcześniej policzki.
Rozmowa o gospodarce z oczywistych względów również pomagała:
– No tak, nic dziwnego skoro puszcza jest w całości wyłączona. – Pokiwał głową ze zrozumieniem. Próżno było szukać w regionie tak napchanego magią lasu. – ...i mówisz, że jest popyt na odzwierzęce składniki. Czyżby to była świeża informacja uzyskana wprost od panny Yaxley? Podejrzewam, że jej rodzina obecnie w takim razie nie narzeka na jakikolwiek brak zajęcia? – Był do granic obojętny w głosie, ot ploteczki na temat rynku w wykonaniu pary gentelmanów. Gdzieś drugą linią biegnącą bezgłośnie w umyśle, rozważał nad możliwościami importu zamienników tychże składników od nowego partnera gospodarczego. Tańszych zamienników. Czy był zazdrosny, nawet dzieląc na pół artykuł z plotkarskiej rubryki? Bardziej niż prawdopodobne. Czy miałby odsłonić się z tym przed swoim rozmówcą? Dobre sobie...
Ów iskry wietrzały jednak momentalnie, gdy temat zszedł na Francję, w której na prawdę nie wydarzyło się absolutnie nic wyjątkowego, ponad fakt, że był to ich ostatni wyjazd. Mieli już swoją mała rutynę, znali się na tyle, by nie błądzić, a trafiać do celu własnych potrzeb, wyczuwać się, cieszyć wspólnym czasem, nawet jeśli żaden konsekwentnie nie zapytał o to, kiedy spotkają się po powrocie. Nic wyjątkowego, choć Anthony wspominając tamto popołudnie, z perspektywy czasu widział mnóstwo symboli, zwiastunów rozstania. Powtarzał sobie potem, że to dało się wyczuć, choć może w ten sposób chciał złagodzić sobie zawód, odzyskać poczucie kontroli. Tak jak racjonalizował od pierwszych chwil ich relację, znał zasady tego typu relacji.
– Ale wiesz, że jest to kwestia godziny przelotu karocą nad kanałem La Manche? Mam dokumenty dyplomaty otwierające granice, zajrzenie do Domu Smoka jest... jest na wyciągnięcie ręki. Spontanicznie. Kiedy tylko chcesz Eriku. Wiesz o tym, prawda? – zapytał, nie wiedząc jak się czuje z faktem, że Erik zarówno myślał i wspominał ich wyjazd wielokrotnie, ale też w związku z tym, ani mu się z tą informacją nigdy wcześniej nie zdradził, ani nie patrzył na niego, mówiąc mu o tym teraz.
Tym bardziej druga butelka wina zdawała się być zasadnym wyborem na domknięcie wieczoru.
– Afryka? Stanowczo zbyt wiele osób mnie o to pyta. Myślę, że prócz lekcji języka, będę mógł do oferty dorzucić cotygodniowe seminaria z geografii paniczu. Za małą dopłatą, obiecuję, Warownia nie zbiednieje na poszerzaniu Twoich horyzontów. – skomentował kolejne pytanie. Byłby nawet zafascynowany tym, dlaczego w świadomości Anglików Kambodża tak bardzo zdawała się być afrykańskim krajem, być może była to kwestia tego, że zajmowali ją onegdaj Francuzi, a nie Imperium Brytyjskie, niemniej jednak to nie było tak istotne jak kwestia trunku, który wlewał do nowego kieliszka o dużym pąku na długiej nóżce, którą oplatały szklane zielone liście. Pytanie o to co konkretnie chce kupić skwitował tylko rozbawionym uśmiechem.
– La Rioja z piękną rzeką Ebro. Spodobałoby Ci się tam. Północny region, ale nadal bardzo ciepły, łagodne wzgórza, stare zamki, dźwięki ichniejszych dud. Taka odmiana Szkocji pozbawiona wszechobecnej mgły. – stanął tuż przy siedzącym mężczyźnie z kieliszkiem trzymanym nie za stópkę, ale za czarę właśnie, opuszkami palców, czekającymi na to, by przekazać kryształ, umożliwić degustację. – Jest bardzo... esencjonalne. Wytrawne i gęste. Niesie czerwień wiśni i dym wędzonej śliwki. Ale zamknięcie... hmmm, zamknięcie zwłaszcza z tyłu podniebienia, ofiarowuje łagodność wanilii i głębię kakao. Bardzo subtelnie, łatwo to przeoczyć, gdy przytłacza Cię początkowa cierpkość i ciężar tego bukietu. – Jak zawsze gdy mówił mu o winie, gdy stawiał przed nim kolejny kieliszek, gdy motywował nienawykłe kubeczki smakowe do przyjęcia czegoś więcej niż słodkie, gorzkie, dobre, nie dobre, jak zawsze wtedy jego głos miękł przyprószony ciekawością nie tylko z tego ile drugi mężczyzna rzeczywiście wyczuje z tych wszystkich smaków, ale też, a może przede wszystkim jak o nich opowie.
Czy byłby w stanie rzucić pracę w Ministerstwie? Czy Erik był gotowy usłyszeć, w imię autentyczności, prawdziwą odpowiedź na to pytanie? Twarz Anthony'ego przybrała lekceważący wyraz niedowierzania i drwiny.
– Chyba przeceniasz srogo ministerialny budżet przewidziany na skromnego szefa jednego z mniej istotnych wydziałów, równie mało istotnego departamentu. – Nie nosił szat Niewymownego, nie trzymał w ręce sądów i prawa, nie zarządzał całym budżetem magicznej Anglii. Och nie, on tylko decydował co może, a co nie może wjechać do kraju. Jakie są tego standardy, miary, cła... Nic istotnego, nic wzbudzającego sensację. Za to coś bardzo sprzyjające kreatywnej księgowości. Zagadki, które sprawiały przyjemność, choć na dłuższą metę, po 10 latach i uzyskaniu bardzo stabilnej pozycji potrafiące zwyczajnie nudzić. – Przyznaj się, nie mógłbyś znieść moich lekcji etyki oraz ustawicznego przypominaniu Ci o posiłku i wieczornej lekturze. No i język Erik, mam nadzieję, że w końcu opanowałeś chociaż podstawy francuskiego? – Pompował ten żart do zbliżającej się linii absurdu, obsadzając się w roli już nie tylko niańki ale i guwernera, tylko po to, by zapomnieć jak bardzo piekł go kark i muśnięte wcześniej policzki.
Rozmowa o gospodarce z oczywistych względów również pomagała:
– No tak, nic dziwnego skoro puszcza jest w całości wyłączona. – Pokiwał głową ze zrozumieniem. Próżno było szukać w regionie tak napchanego magią lasu. – ...i mówisz, że jest popyt na odzwierzęce składniki. Czyżby to była świeża informacja uzyskana wprost od panny Yaxley? Podejrzewam, że jej rodzina obecnie w takim razie nie narzeka na jakikolwiek brak zajęcia? – Był do granic obojętny w głosie, ot ploteczki na temat rynku w wykonaniu pary gentelmanów. Gdzieś drugą linią biegnącą bezgłośnie w umyśle, rozważał nad możliwościami importu zamienników tychże składników od nowego partnera gospodarczego. Tańszych zamienników. Czy był zazdrosny, nawet dzieląc na pół artykuł z plotkarskiej rubryki? Bardziej niż prawdopodobne. Czy miałby odsłonić się z tym przed swoim rozmówcą? Dobre sobie...
Ów iskry wietrzały jednak momentalnie, gdy temat zszedł na Francję, w której na prawdę nie wydarzyło się absolutnie nic wyjątkowego, ponad fakt, że był to ich ostatni wyjazd. Mieli już swoją mała rutynę, znali się na tyle, by nie błądzić, a trafiać do celu własnych potrzeb, wyczuwać się, cieszyć wspólnym czasem, nawet jeśli żaden konsekwentnie nie zapytał o to, kiedy spotkają się po powrocie. Nic wyjątkowego, choć Anthony wspominając tamto popołudnie, z perspektywy czasu widział mnóstwo symboli, zwiastunów rozstania. Powtarzał sobie potem, że to dało się wyczuć, choć może w ten sposób chciał złagodzić sobie zawód, odzyskać poczucie kontroli. Tak jak racjonalizował od pierwszych chwil ich relację, znał zasady tego typu relacji.
– Ale wiesz, że jest to kwestia godziny przelotu karocą nad kanałem La Manche? Mam dokumenty dyplomaty otwierające granice, zajrzenie do Domu Smoka jest... jest na wyciągnięcie ręki. Spontanicznie. Kiedy tylko chcesz Eriku. Wiesz o tym, prawda? – zapytał, nie wiedząc jak się czuje z faktem, że Erik zarówno myślał i wspominał ich wyjazd wielokrotnie, ale też w związku z tym, ani mu się z tą informacją nigdy wcześniej nie zdradził, ani nie patrzył na niego, mówiąc mu o tym teraz.
Tym bardziej druga butelka wina zdawała się być zasadnym wyborem na domknięcie wieczoru.
– Afryka? Stanowczo zbyt wiele osób mnie o to pyta. Myślę, że prócz lekcji języka, będę mógł do oferty dorzucić cotygodniowe seminaria z geografii paniczu. Za małą dopłatą, obiecuję, Warownia nie zbiednieje na poszerzaniu Twoich horyzontów. – skomentował kolejne pytanie. Byłby nawet zafascynowany tym, dlaczego w świadomości Anglików Kambodża tak bardzo zdawała się być afrykańskim krajem, być może była to kwestia tego, że zajmowali ją onegdaj Francuzi, a nie Imperium Brytyjskie, niemniej jednak to nie było tak istotne jak kwestia trunku, który wlewał do nowego kieliszka o dużym pąku na długiej nóżce, którą oplatały szklane zielone liście. Pytanie o to co konkretnie chce kupić skwitował tylko rozbawionym uśmiechem.
– La Rioja z piękną rzeką Ebro. Spodobałoby Ci się tam. Północny region, ale nadal bardzo ciepły, łagodne wzgórza, stare zamki, dźwięki ichniejszych dud. Taka odmiana Szkocji pozbawiona wszechobecnej mgły. – stanął tuż przy siedzącym mężczyźnie z kieliszkiem trzymanym nie za stópkę, ale za czarę właśnie, opuszkami palców, czekającymi na to, by przekazać kryształ, umożliwić degustację. – Jest bardzo... esencjonalne. Wytrawne i gęste. Niesie czerwień wiśni i dym wędzonej śliwki. Ale zamknięcie... hmmm, zamknięcie zwłaszcza z tyłu podniebienia, ofiarowuje łagodność wanilii i głębię kakao. Bardzo subtelnie, łatwo to przeoczyć, gdy przytłacza Cię początkowa cierpkość i ciężar tego bukietu. – Jak zawsze gdy mówił mu o winie, gdy stawiał przed nim kolejny kieliszek, gdy motywował nienawykłe kubeczki smakowe do przyjęcia czegoś więcej niż słodkie, gorzkie, dobre, nie dobre, jak zawsze wtedy jego głos miękł przyprószony ciekawością nie tylko z tego ile drugi mężczyzna rzeczywiście wyczuje z tych wszystkich smaków, ale też, a może przede wszystkim jak o nich opowie.