02.05.2024, 17:59 ✶
Najpierw spoglądał na niego pytająco, potem coś w jego spojrzeniu pękło. Spłoszył się, ale nie w ten sposób sugerujący rychłą ucieczkę - po prostu nie czuł się w tej rozmowie komfortowo.
- Nie, Al... Proszę nie mów tak - powiedział cichym głosem, wyciągając w jego kierunku dłoń. Nie po to, żeby odebrać list - chciał po prostu przesunąć drżącymi palcami po boku jego twarzy. Zawsze czuł się z tym tak dziwnie... Spędził tyle lat w podziemiach. Dobrze wiedział, że potrafił zapanować nad głosem, kiedy bardzo tego chciał. Potrafił być okropny. Potrafił być Crowem. Ale z tym człowiekiem nigdy nie musiał nim być - tak samo jak z Cainem. Przy nich mógł pozwolić sobie na drżenie, na łamiący się głos, na żenujące żarty i opowiedzenie o sobie czegoś więcej niż spłycający go szereg paskudnych kłamstw. To było takie dołujące, że przy okazji doprowadzał ich na skraj rozpaczy.
- Poznałem tu bardzo wielu czarodziejów i mam więcej wrogów niż przyjaciół - odparł smutno. Osoby godne zaufania, poświęcenia się dla nich... Mógł policzyć na palcach jednej, góra dwóch rąk. Żył tak długo tylko dlatego, że był naprawdę dobry w grę gwarantującą mu przetrwanie. - Dante to tylko jedna z wielu parszywych mord, których nie lubię i nie chcę znać. Mam cię przeprowadzić przez całą moją historię na Ścieżkach...? Nie... Nie wiem nawet czy... Ah cholera, wiesz sam jak nie cierpię o tym mówić.
Dante nie pojawił się przecież nagle. Zdawał sobie sprawę ze zła, jakie ten dziad ze sobą niósł, ale też nie brał go za bezpośrednie zagrożenie, bo to nie z nim toczył wojnę tylko z Fontaine - jasne, że znajdował się gdzieś na liście osób, jakich Dante chciał się pozbyć, ale na pewno nie był w ścisłej czołówce. To tworzyło ciekawą iluzję wygodnictwa. Że niby tak fajnie by było dla jego lekkiego snu, gdyby ten chuj znowu wyjebał się z rowerka. No i tutaj pojawiała się oczywista myśl do przekazania Alexandrowi - przecież było idealne - niech wszyscy śmierdzący zgnilizną ludzie wpierdolą się w Laurenta. Założy mu dobre zabezpieczenia, ma jeszcze pewnie kilku przydupasów... Kilku, gościu miał tam gdzieś pewnie całą swoją świtę, szczególnie nosząc takie nazwisko. Obsługiwał go cholerny skrzat domowy... W słowniku Flynna to była totalnie oznaka luksusu. Pozostawał tylko ten jeden, maleńki mankament... Prawda zapisana na dole drobnym druczkiem, żeby absolutnie nikt nieproszony się do niej nie dorwał.
- Tak długo jak tlenionej blondi nie ma w cyrku, tak długo nie musisz się tym martwić.
On nie musiał się tym martwić. To była prawda. Z tym maciupkim niedopowiedzeniem. On, Alexander nie musiał się tym martwić, bo to było zmartwienie Flynna na jego własne życzenie. Tym, czyli tą mendą społeczną przyczepiającą się do Fantasmagorii. Martwić się mógł za to faktem, iż gdyby młodszemu Bellowi udało się w jakiś sposób pokonać tego giganta i go oskalpować, a później przywieźć Laurentowi te złowieszcze wieści, razem ze smrodem krwi przyniósłby mu bukiet kwiatów i oczekiwał nagrody. Wdzięczności w jasnych oczach, przykrytego zmieszaniem „dziękuję”, bo przecież nie powinien cieszyć się z czyjejkolwiek śmierci, ale nie musząc dzielić świata z tym ścierwem mógł spać odrobinę spokojniej. Byłby naprawdę szczęśliwy mogąc pobrudzić sobie za niego ręce.
- Al... - Zbliżył się do niego jeszcze na kroczek. Chciał być tak blisko, aby ta rozmowa stała się niepotrzebnie intymna. Zupełnie jakby sekundę temu nie myślał o bladych, delikatnych dłoniach Prewetta przesuwających się po jego włosach, kiedy szeptałby „spisałeś się”, a w jego głowie dudniłoby zapętlone w kółko „byłem dobrym psem”. Bo ostatecznie... Dla Alexandra zrobiłby przecież tyle samo.
- Nie, Al... Proszę nie mów tak - powiedział cichym głosem, wyciągając w jego kierunku dłoń. Nie po to, żeby odebrać list - chciał po prostu przesunąć drżącymi palcami po boku jego twarzy. Zawsze czuł się z tym tak dziwnie... Spędził tyle lat w podziemiach. Dobrze wiedział, że potrafił zapanować nad głosem, kiedy bardzo tego chciał. Potrafił być okropny. Potrafił być Crowem. Ale z tym człowiekiem nigdy nie musiał nim być - tak samo jak z Cainem. Przy nich mógł pozwolić sobie na drżenie, na łamiący się głos, na żenujące żarty i opowiedzenie o sobie czegoś więcej niż spłycający go szereg paskudnych kłamstw. To było takie dołujące, że przy okazji doprowadzał ich na skraj rozpaczy.
- Poznałem tu bardzo wielu czarodziejów i mam więcej wrogów niż przyjaciół - odparł smutno. Osoby godne zaufania, poświęcenia się dla nich... Mógł policzyć na palcach jednej, góra dwóch rąk. Żył tak długo tylko dlatego, że był naprawdę dobry w grę gwarantującą mu przetrwanie. - Dante to tylko jedna z wielu parszywych mord, których nie lubię i nie chcę znać. Mam cię przeprowadzić przez całą moją historię na Ścieżkach...? Nie... Nie wiem nawet czy... Ah cholera, wiesz sam jak nie cierpię o tym mówić.
Dante nie pojawił się przecież nagle. Zdawał sobie sprawę ze zła, jakie ten dziad ze sobą niósł, ale też nie brał go za bezpośrednie zagrożenie, bo to nie z nim toczył wojnę tylko z Fontaine - jasne, że znajdował się gdzieś na liście osób, jakich Dante chciał się pozbyć, ale na pewno nie był w ścisłej czołówce. To tworzyło ciekawą iluzję wygodnictwa. Że niby tak fajnie by było dla jego lekkiego snu, gdyby ten chuj znowu wyjebał się z rowerka. No i tutaj pojawiała się oczywista myśl do przekazania Alexandrowi - przecież było idealne - niech wszyscy śmierdzący zgnilizną ludzie wpierdolą się w Laurenta. Założy mu dobre zabezpieczenia, ma jeszcze pewnie kilku przydupasów... Kilku, gościu miał tam gdzieś pewnie całą swoją świtę, szczególnie nosząc takie nazwisko. Obsługiwał go cholerny skrzat domowy... W słowniku Flynna to była totalnie oznaka luksusu. Pozostawał tylko ten jeden, maleńki mankament... Prawda zapisana na dole drobnym druczkiem, żeby absolutnie nikt nieproszony się do niej nie dorwał.
- Tak długo jak tlenionej blondi nie ma w cyrku, tak długo nie musisz się tym martwić.
On nie musiał się tym martwić. To była prawda. Z tym maciupkim niedopowiedzeniem. On, Alexander nie musiał się tym martwić, bo to było zmartwienie Flynna na jego własne życzenie. Tym, czyli tą mendą społeczną przyczepiającą się do Fantasmagorii. Martwić się mógł za to faktem, iż gdyby młodszemu Bellowi udało się w jakiś sposób pokonać tego giganta i go oskalpować, a później przywieźć Laurentowi te złowieszcze wieści, razem ze smrodem krwi przyniósłby mu bukiet kwiatów i oczekiwał nagrody. Wdzięczności w jasnych oczach, przykrytego zmieszaniem „dziękuję”, bo przecież nie powinien cieszyć się z czyjejkolwiek śmierci, ale nie musząc dzielić świata z tym ścierwem mógł spać odrobinę spokojniej. Byłby naprawdę szczęśliwy mogąc pobrudzić sobie za niego ręce.
- Al... - Zbliżył się do niego jeszcze na kroczek. Chciał być tak blisko, aby ta rozmowa stała się niepotrzebnie intymna. Zupełnie jakby sekundę temu nie myślał o bladych, delikatnych dłoniach Prewetta przesuwających się po jego włosach, kiedy szeptałby „spisałeś się”, a w jego głowie dudniłoby zapętlone w kółko „byłem dobrym psem”. Bo ostatecznie... Dla Alexandra zrobiłby przecież tyle samo.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.