Rozsądek. Jedna z tych rzeczy, które doceniał. Zarazem również ta, którą poddał w wątpliwość właśnie w przypadku Rodolphusa. Obecnie nie był do końca pewien tego, w jaki sposób postrzegał młodego niewymownego. Wiedział jednak, że rezygnacja z tej współpracy, mogłaby okazać się wyborem niekoniecznie najlepszym. Potrzebował każdego wsparcia, jakie mógł uzyskać. Każdej pary rąk, którą można było zaangażować w sprawę Harper Moody. Spoglądając na Lestrange, przyglądając się mu, nie mógł pozbyć się jednak wątpliwości. Tego głosiku z tyłu głowy, który powtarzał, że to właśnie on sprowadzi kiedyś problemy. Popełni błąd. Postąpi lekkomyślnie.
Słuchając jego słów, zarazem próbował przekonać samego siebie, że powinien go w to zaangażować. Na kolejnej płaszczyźnie. Przy kolejnych zadaniach. Czy dało się to zauważyć? Robert potrafił przecież całkiem nieźle maskować to, ci kryło się w środku. Ukrywać własne emocje. Jedynie najbliżsi potrafili pewne rzeczy dostrzec. A i im, nie zawsze przychodziło to w sposób łatwy. Prosty.
- Będziemy trzymać rękę na pulsie w sprawie Stanleya. – zakończył temat. Nie miał do dodania niczego więcej. Nie w tym momencie. Nie w tym przypadku? Będzie musiał się nad tym pochylić. Pomyśleć. Dni wszak mijały, a sytuacja Borgina nie była klarowna. Jednoznaczna? Co to mogło dla nich znaczyć? W jaki sposób mogli to wykorzystać na swoją korzyść?
Zielone światło, wydawało się właściwym posunięciem. Zignorowanie możliwości jakie otwierały się w chwili, kiedy pewne informacje mogli pozyskać również od Victorii – mogłoby stanowić olbrzymi błąd. Żadne z nich nie mogło sobie na błędy pozwolić. A jednak również teraz, kiedy w trakcie tej rozmowy zdawał się dopuszczać tę opcję, opcje związaną z Victorią, niczego nie był pewny.
- Jesteś pewien, że zdołasz to zrobić bez ściągania na siebie uwagi? – powaga. Dało się ją wyczuć aż nazbyt wyraźnie. Widział tu spore ryzyko. W przypadku kogoś, kto nie zajął miejsca po żadnej ze stron, zawsze istniała obawa, że w pewnym momencie wybierze tę przeciwną; że ściągnie problemy. Dlatego właśnie pytał. Dlatego swoim podejściem starał się Rodolphusowi uświadomić, że chce kroczyć po cienkiej linii; że niebezpiecznie balansuje ba granicy. Musiał to mieć na uwadze. Musiał być tego świadomy. – Będziesz musiał uzyskać coś więcej, dostarczyć jej czegoś więcej, jeśli chcesz przekonać ją, że możesz pomóc. To co byłem w stanie Tobie przekazać, najprawdopodobniej nie wystarczy. – chciał mu uświadomić, że czeka go tutaj sporo pracy. Albo będzie musiał zgrabnie kłamać, albo pozyskać kolejne informacje. Lepiej rozeznać się we wszystkim tym, co dotyczyło Zimnych. Był w stanie to zrobić? Miał na to jakiś pomysł?
Marie. Słodka Marie, której temat w pewnym momencie musiał powrócić. Zastanawiał się, kiedy i czy w ogóle, wykonają w jej przypadku kolejny krok. Mogła okazać się cennym sojusznikiem, choć nieświadomym swojej roli, swojego udziału.
- Spróbuj, byle subtelnie. Nie możemy ryzykować, że ktoś zwróci uwagę na to, że dziwnie mocno interesujesz się Stanleyem. Byłbyś nie mniej spalony niż on. – zauważył. Taka właśnie była prawda. Tak właśnie to wszystko wyglądało. Łatwo było się wystawić, potknąć, popełnić błąd. Zdarzyć mogło się to każdemu.