Chciałam, aby Asek czuł się normalnie chociaż w moim towarzystwie, aby przy mnie zapominał o byciu krwiopijcą. W końcu ja nigdy nie będę czuć wobec niego strach. Kochałam go i tak miało zostać już do dnia mojej ostateczności. Gdy wspomniał o jedzeniu wywróciłam tylko oczami i parsknęłam pod nosem. Zaczesałam moje bujne włosy do tyłu, ale nic to nie dało – z powrotem wróciły na swoje miejsce. Te moje loki żyły swoim życiem. Pewnie jakbym umarła i została wampirem to moje włosy nadal byłyby jedynym żywym pierwiastkiem w mojej osobie.
W końcu dotarliśmy na miejsce i zabrałam się za rozścielanie kocyka. Zagoniłam przy tym też Aska do roboty, aby mi pomógł. Wyjęłam z koszyka butelkę, czerwonego, półsłodkiego wina, które podałam Astarothowi, aby je otworzył i dwie lampki. Do tego dwie kanapki dla mnie i jakieś drobne przekąski. Asek raczej nie potrzebował przekąsek, w pewnym sensie już tu była dla niego takowa, a mianowicie ja! Hihi.
– A będziesz mi celować kamienną piłką w głowę? – zmrużyłam oczy przyglądając się mu – Kochanie, ja bez nokautów jestem łatwa – parsknęłam śmiechem i wgryzłam się w kanapkę, aby nasycić swój głód i nabrać sił jak to mawiał mój wampirzy przyjaciel.
Zerknęłam na niego, gdy spoważniał. Lubiłam, gdy się uzewnętrzniał. Potrafiłam wtedy całym sercem pochłaniać jego troski. Chciałabym być taką gąbeczką na jego zmartwienia, aby stawał się od nich suchy i nie musiał tak bardzo cierpieć. Złapałam jego dłoń i zacisnęłam na niej swoje palce.
– Nie – odparłam krótko – nie pozwolę na to – dodałam wiedząc, że nie weźmie tych słów na poważnie. – Złapiemy go jakoś, na pewno – odparłam i przysunęłam się do niego bliżej – teraz o tym nie myśl, napijmy się wina, chyba możesz nie? – położyłam dłoń na jego udzie, aby spojrzał na mnie.