29.04.2024, 00:58 ✶
Nawet mu przez myśl nie przeszło, że Anthony faktycznie mógłby spędzić jego prośbę. Łączyła ich wspólna przeszłość i zapewne obydwoje byliby w stanie wiele dla siebie zrobić, jednak Erik chyba nie pozwoliłby sobie na zrobienie komuś krzywdy i zaangażowanie w to Shafiqa, nawet jeśli wizja ostatecznego i jednoznacznego zamknięcia raz na zawsze kwestii Selwyna była z pozoru nad wyraz kusząca. Mimo to Erik nie wykorzystałby teraz łopaty w sposób, jaki Shafiq by tego oczekiwał. W tym stanie mógł co najwyżej użyć jej jako laski, żeby mieć na czym się podeprzeć, gdy przemierzał wnętrze sypialni.
Nie przejmował się tym, że nie kontrolował własnych odruchów, a każdy ruch mięśni jego twarzy zdradzał kolejne tajemnice na temat tego, co go spotkało w dobiegającym powoli do końca dniu. Gdyby był teraz w Warowni, to uciekłby do pokoju, wpuszczając do środka tylko Ponuraka, a potem spędziłby resztę nocy na doprowadzaniu się do porządku, żeby rano nie dać po sobie poznać, że cokolwiek się stało. Jutro pewnie i tak będzie mnie to czekać, pomyślał, krzywiąc się na samą myśl o tym, że jutro miał się na powrót znaleźć w biurze Brygady Uderzeniowej. Do tego czasu pozostało jednak sporo obrotów wskazówek zegarek. Teraz był tylko on. On i Anthony.
Uśmiechnął się minimalnie, gdy zauważył, że jego gospodarz faktycznie spełnił jego prośbę i przygasił światła. Tak jak gest sprawił, że twarz mu się rozświetliła, tak słowa sprawiły, że uśmiech przerodził się w konsternację, gdy zalano go jego własnymi mądrościami. Nie był do tego przyzwyczajony. Większość osób nie pamiętała jego uwag. Pamiętała przekaz, ale nie słowa. Obrzucił Shafiqa zdziwionym spojrzeniem. Cóż, powinien był się tego po nim spodziewać. On zawsze był przygotowany. Efekt wielu lat pracy z dyplomatami i wyjazdów zagranicznych, gdzie przepadłby bezpowrotnie, gdyby nie dobre notatki i regularnie odrabiana praca domowa.
— Naprawdę? — Uniósł pytająco brew. — Ja coś takiego powiedziałem? Musiałem wówczas doznać jakiegoś błogosławieństwa bystrego umysłu, bo brzmi to naprawdę dobrze.
Nawet gdyby chciał, to nie za bardzo miał pole do tego, aby kłócić się z Anthonym. To faktycznie brzmiało, jak coś, co mógłby powiedzieć, zwłaszcza komuś, kto potrzebował wsparcia. A jednak poczuł się nieco nieswojo z tym że ktoś wykorzystywał jego ''nauki'' przeciwko niemu. Z jednej strony było to jak subtelny prztyczek w nos, dający mu znać, że nie stosuje się w stu procentach do własnych zasad, a z drugiej... Pokazywało, że ktoś faktycznie go słuchał. I nawet teraz, pomimo upływu lat, robiła na nim wrażenie to, że Anthony zdołał zapamiętać rzucone niby przypadkiem wskazówki.
— Nie szukam pochwał — rzucił gorzko, spuszczając wzrok na klatkę piersiową mężczyzny, gdy ten próbował go pocieszyć. — Każdy nosi jakiś ciężar. Taki przypadł mi, ale niestety należy on do tych, jakich nie pozbędę się w najbliższym czasie. — Nie z Czarnym Panem i jego Śmierciożercami buszującymi w kraju. — Doceniam propozycję, ale nie musisz być moim opiekunem. Nie musisz mnie leczyć. Potrzebuję... Chcę cię takim, jakim jesteś.
Autentyczność. Jakże prosta, a zarazem trudna koncepcja. Każdy miał jakieś tajemnice, maski, które przywdziewał na co dzień, aby chronić się przed atakami z zewnątrz. Niektórzy nosili zbroje, a ich skóra nabierała twardości, co pomagało uodpornić się na docinki, jednak maski... Maski pozwalały na to, aby wniknąć w grono tych, którzy mogli zadać ból lub sprawić przykrość. Jednak każdy potrzebował przestrzeni, aby odłożyć maskę na bok, a pancerz zawiesić na manekinie. Może nie będą w stanie powiedzieć sobie wszystkiego, jednak mogli się odsłonić. Minimalnie. Kawałek po kawałku.
Erik zmniejszył dzielący ich dystans, po czym objął Anthony'ego, błądząc powoli dłońmi po jego plecach i mimowolnie zaciągając się zapachem jego perfum. Po chwili oderwał się od niego i ujął twarz mężczyzny w dłonie, uśmiechając się nieco szerzej i dużo bardziej szczerze. Gdzieś z tyłu głowy zaświtało mu wspomnienie sprzed lat, gdy wybrali się na jakieś przedstawienie we Włoszech, a Shafiq chwycił go za rękę i przez długi czas nie puścił, prowadząc przez labirynt obcego miasta. To było prawdziwe. To było autentyczne.
— Zjemy i... — zerknął niepewnie w bok, jednak zaraz wrócił do niego wzrokiem. — I opowiesz mi o tym, co porabiałeś, dobrze? Pewnie i tak nie słuchałem za dobrze podczas naszego ostatniego treningu.
Longbottom zabrał ręce, jednak jego dłoń powędrowała do ręki Shafiqa. Był gotów poprowadzić go z powrotem do stolika, aby zjedli do końca niedokończony posiłek.
Nie przejmował się tym, że nie kontrolował własnych odruchów, a każdy ruch mięśni jego twarzy zdradzał kolejne tajemnice na temat tego, co go spotkało w dobiegającym powoli do końca dniu. Gdyby był teraz w Warowni, to uciekłby do pokoju, wpuszczając do środka tylko Ponuraka, a potem spędziłby resztę nocy na doprowadzaniu się do porządku, żeby rano nie dać po sobie poznać, że cokolwiek się stało. Jutro pewnie i tak będzie mnie to czekać, pomyślał, krzywiąc się na samą myśl o tym, że jutro miał się na powrót znaleźć w biurze Brygady Uderzeniowej. Do tego czasu pozostało jednak sporo obrotów wskazówek zegarek. Teraz był tylko on. On i Anthony.
Uśmiechnął się minimalnie, gdy zauważył, że jego gospodarz faktycznie spełnił jego prośbę i przygasił światła. Tak jak gest sprawił, że twarz mu się rozświetliła, tak słowa sprawiły, że uśmiech przerodził się w konsternację, gdy zalano go jego własnymi mądrościami. Nie był do tego przyzwyczajony. Większość osób nie pamiętała jego uwag. Pamiętała przekaz, ale nie słowa. Obrzucił Shafiqa zdziwionym spojrzeniem. Cóż, powinien był się tego po nim spodziewać. On zawsze był przygotowany. Efekt wielu lat pracy z dyplomatami i wyjazdów zagranicznych, gdzie przepadłby bezpowrotnie, gdyby nie dobre notatki i regularnie odrabiana praca domowa.
— Naprawdę? — Uniósł pytająco brew. — Ja coś takiego powiedziałem? Musiałem wówczas doznać jakiegoś błogosławieństwa bystrego umysłu, bo brzmi to naprawdę dobrze.
Nawet gdyby chciał, to nie za bardzo miał pole do tego, aby kłócić się z Anthonym. To faktycznie brzmiało, jak coś, co mógłby powiedzieć, zwłaszcza komuś, kto potrzebował wsparcia. A jednak poczuł się nieco nieswojo z tym że ktoś wykorzystywał jego ''nauki'' przeciwko niemu. Z jednej strony było to jak subtelny prztyczek w nos, dający mu znać, że nie stosuje się w stu procentach do własnych zasad, a z drugiej... Pokazywało, że ktoś faktycznie go słuchał. I nawet teraz, pomimo upływu lat, robiła na nim wrażenie to, że Anthony zdołał zapamiętać rzucone niby przypadkiem wskazówki.
— Nie szukam pochwał — rzucił gorzko, spuszczając wzrok na klatkę piersiową mężczyzny, gdy ten próbował go pocieszyć. — Każdy nosi jakiś ciężar. Taki przypadł mi, ale niestety należy on do tych, jakich nie pozbędę się w najbliższym czasie. — Nie z Czarnym Panem i jego Śmierciożercami buszującymi w kraju. — Doceniam propozycję, ale nie musisz być moim opiekunem. Nie musisz mnie leczyć. Potrzebuję... Chcę cię takim, jakim jesteś.
Autentyczność. Jakże prosta, a zarazem trudna koncepcja. Każdy miał jakieś tajemnice, maski, które przywdziewał na co dzień, aby chronić się przed atakami z zewnątrz. Niektórzy nosili zbroje, a ich skóra nabierała twardości, co pomagało uodpornić się na docinki, jednak maski... Maski pozwalały na to, aby wniknąć w grono tych, którzy mogli zadać ból lub sprawić przykrość. Jednak każdy potrzebował przestrzeni, aby odłożyć maskę na bok, a pancerz zawiesić na manekinie. Może nie będą w stanie powiedzieć sobie wszystkiego, jednak mogli się odsłonić. Minimalnie. Kawałek po kawałku.
Erik zmniejszył dzielący ich dystans, po czym objął Anthony'ego, błądząc powoli dłońmi po jego plecach i mimowolnie zaciągając się zapachem jego perfum. Po chwili oderwał się od niego i ujął twarz mężczyzny w dłonie, uśmiechając się nieco szerzej i dużo bardziej szczerze. Gdzieś z tyłu głowy zaświtało mu wspomnienie sprzed lat, gdy wybrali się na jakieś przedstawienie we Włoszech, a Shafiq chwycił go za rękę i przez długi czas nie puścił, prowadząc przez labirynt obcego miasta. To było prawdziwe. To było autentyczne.
— Zjemy i... — zerknął niepewnie w bok, jednak zaraz wrócił do niego wzrokiem. — I opowiesz mi o tym, co porabiałeś, dobrze? Pewnie i tak nie słuchałem za dobrze podczas naszego ostatniego treningu.
Longbottom zabrał ręce, jednak jego dłoń powędrowała do ręki Shafiqa. Był gotów poprowadzić go z powrotem do stolika, aby zjedli do końca niedokończony posiłek.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞