27.04.2024, 02:25 ✶
Leon to miał szczęście, że cała ta sytuacja w Windermere zdążyła się zagęścić i latali po nim teraz pracownicy różnych departamentów, szukając odpowiedzi na przeróżne pytania, bo inaczej Rosie już dawno darłaby się na całe gardło, że panie i panowie, Leon Bletchey ma włochatość serca. A potem, głównie dlatego że byli tutaj aktualnie w 5 i nie było widać nikogo innego na horyzoncie, pokazałaby mu jak mało to kogokolwiek obchodzi.
Ale nie było to nic dziwnego, rozdrażniona bardzo chętnie wbijała szpile tam, gdzie wiedziała że mogło zaboleć, a kuzyn przed chwilą nadepnął jej na odcisk.
- Czy to musi być świeża ingerencja? - zastanowiła się za słowami Morpheusa, przyglądając się mu przez chwilę, a potem i reszcie grupy. - Weźmy za przykład Beltane. To co się wtedy stało było faktycznie świeżą ingerencją, ale żeby ludzie zauważyli wzór, potrzeba było na to jakiegoś miesiąca. Artykuły na ten temat pojawiły się chyba dopiero w czerwcu. No i było to wyraźne, dla każdego działało tak samo. Ale co jeśli wzorce tutaj są tak nieregularne, że wcześniej nie zwrócono na nie uwagi? - uniosła delikatnie brwi, jakby podsuwając im w ten sposób myśl, a potem spojrzała znowu na Longbottoma. - One próbowały się pozabijać, twój znajomy był nieufny, ale my zachowujemy się chyba tak samo? Przynajmniej tak mi się wydaje - na moment tylko spojrzała na Alexandra, znowu powracając spojrzeniem do Niewymownego. - Powiedziałeś, że ten twój znajomy oklumenta dopiero po powrocie do domu zdał sobie sprawę z tego, że coś zostało mu podsunięte. Ten twój aurowidz Millie, mówił o fioletowej aurze, tak? Nie znam się na aurach, ale czy to nie jest trochę nietypowe, żeby samo miejsce miało aurę? Jeśli to ze sobą połączyć, można by poszukać granicy tego fenomenu. Jeśli byłaby stała, można by próbować założyć - i bardzo skłaniała się teraz właśnie do tego próbowania. - Że źródło problemu znajduje się gdzieś w centrum. O ile nie chodzi o... Morpheusie? - zamrugała, kiedy upadł na kolana, a w ślad za nim poszedł Leon. Mimowolnie odwróciła się do Alexandra, na moment mocniej zaciskając palce na jego ramieniu, jakby bojąc się że ten zaraz dołączy do klęczących mężczyzn, ale ten wydawał się stać mocno na nogach.
Poczuła ulgę, ale tylko na moment, bo zaraz oswobodziła go ze swojego uścisku, by znaleźć się przy Longbottomie, trochę zmartwiona. Rym bardziej, kiedy zaczęła mu kapać z nosa krew. Sięgnęła szybko po chusteczkę, podstawiając mu ją pod ręce, kiedy tylko zrobił się nieco przytomniejszy.
Alexander mógł z łatwością zobaczyć rozpościerające się od niej nici. Wątła, ale w intensywnym kolorze zieleni, biegła w stronę Leona, od jej strony przetykana wątłymi pobłyskami zazdrosnej żółci. Ta wiążąca ją z Millie, świadczyła o zaufaniu, jakim darzyła kuzynkę. Mogły w swoim towarzystwie stanowić momentami istne apogeum chaosu, ale mimo wszystko w stosunku do siebie zachowywały harmonię. Tak samo jednak jak po stronie Moody pobłyskiwała czerwień, tak samo robiła to od Ambrosii. Delikatnie, niby to niepozornie przewijając się na całej długości. W końcu też Mulciber mógł wychwycić krwioobieg barwny łączący ją z Morpheusem. Łączyły ich wspólne lata spędzone na wspólnym zgłębianiu wiedzy i tajemnic wróżbiarstwa, które pobłyskiwały fioletem. Pewnie gdyby Axel mógł widzieć nie tylko nici, ale także aury, doszedłby do wniosku że ich struktura barwna przypomina halo, które otaczało na co dzień samą Ambrosię. Tym bardziej, że w tej plątaninie błyszczała także intensywna czerwień, będąca pozostałością z czerwca. Na samym końcu wreszcie, to co łączyło jego i Rosie pozostawało niezmienne; spod ochraniającej jej fioletu, mrugała do niego perliście, zapewniając o stałości jej uczuć.
- Nic wam nie jest? - rzuciła z troską, przyglądając się to Morpheusowi, przy którym kucnęła, to Leonowi.
!2energiawindermere
Ale nie było to nic dziwnego, rozdrażniona bardzo chętnie wbijała szpile tam, gdzie wiedziała że mogło zaboleć, a kuzyn przed chwilą nadepnął jej na odcisk.
- Czy to musi być świeża ingerencja? - zastanowiła się za słowami Morpheusa, przyglądając się mu przez chwilę, a potem i reszcie grupy. - Weźmy za przykład Beltane. To co się wtedy stało było faktycznie świeżą ingerencją, ale żeby ludzie zauważyli wzór, potrzeba było na to jakiegoś miesiąca. Artykuły na ten temat pojawiły się chyba dopiero w czerwcu. No i było to wyraźne, dla każdego działało tak samo. Ale co jeśli wzorce tutaj są tak nieregularne, że wcześniej nie zwrócono na nie uwagi? - uniosła delikatnie brwi, jakby podsuwając im w ten sposób myśl, a potem spojrzała znowu na Longbottoma. - One próbowały się pozabijać, twój znajomy był nieufny, ale my zachowujemy się chyba tak samo? Przynajmniej tak mi się wydaje - na moment tylko spojrzała na Alexandra, znowu powracając spojrzeniem do Niewymownego. - Powiedziałeś, że ten twój znajomy oklumenta dopiero po powrocie do domu zdał sobie sprawę z tego, że coś zostało mu podsunięte. Ten twój aurowidz Millie, mówił o fioletowej aurze, tak? Nie znam się na aurach, ale czy to nie jest trochę nietypowe, żeby samo miejsce miało aurę? Jeśli to ze sobą połączyć, można by poszukać granicy tego fenomenu. Jeśli byłaby stała, można by próbować założyć - i bardzo skłaniała się teraz właśnie do tego próbowania. - Że źródło problemu znajduje się gdzieś w centrum. O ile nie chodzi o... Morpheusie? - zamrugała, kiedy upadł na kolana, a w ślad za nim poszedł Leon. Mimowolnie odwróciła się do Alexandra, na moment mocniej zaciskając palce na jego ramieniu, jakby bojąc się że ten zaraz dołączy do klęczących mężczyzn, ale ten wydawał się stać mocno na nogach.
Poczuła ulgę, ale tylko na moment, bo zaraz oswobodziła go ze swojego uścisku, by znaleźć się przy Longbottomie, trochę zmartwiona. Rym bardziej, kiedy zaczęła mu kapać z nosa krew. Sięgnęła szybko po chusteczkę, podstawiając mu ją pod ręce, kiedy tylko zrobił się nieco przytomniejszy.
Alexander mógł z łatwością zobaczyć rozpościerające się od niej nici. Wątła, ale w intensywnym kolorze zieleni, biegła w stronę Leona, od jej strony przetykana wątłymi pobłyskami zazdrosnej żółci. Ta wiążąca ją z Millie, świadczyła o zaufaniu, jakim darzyła kuzynkę. Mogły w swoim towarzystwie stanowić momentami istne apogeum chaosu, ale mimo wszystko w stosunku do siebie zachowywały harmonię. Tak samo jednak jak po stronie Moody pobłyskiwała czerwień, tak samo robiła to od Ambrosii. Delikatnie, niby to niepozornie przewijając się na całej długości. W końcu też Mulciber mógł wychwycić krwioobieg barwny łączący ją z Morpheusem. Łączyły ich wspólne lata spędzone na wspólnym zgłębianiu wiedzy i tajemnic wróżbiarstwa, które pobłyskiwały fioletem. Pewnie gdyby Axel mógł widzieć nie tylko nici, ale także aury, doszedłby do wniosku że ich struktura barwna przypomina halo, które otaczało na co dzień samą Ambrosię. Tym bardziej, że w tej plątaninie błyszczała także intensywna czerwień, będąca pozostałością z czerwca. Na samym końcu wreszcie, to co łączyło jego i Rosie pozostawało niezmienne; spod ochraniającej jej fioletu, mrugała do niego perliście, zapewniając o stałości jej uczuć.
- Nic wam nie jest? - rzuciła z troską, przyglądając się to Morpheusowi, przy którym kucnęła, to Leonowi.
!2energiawindermere
she was a gentle
sort of horror
sort of horror