To był odruch, instynkt, na szczęście jej ruch nie był na tyle gwałtowny, by miała wpaść do wody ani ona, ani ktokolwiek inny. Swój błąd zrozumiała bardzo prędko, jednak na siedząco trudno byłoby odgonić potwora, gdyby chciał uszkodzić ich łódkę… Ale ten zniknął w toni, pokazując tylko kawałek swojego ciała. Nie trzeba jej było długo powtarzać by usiadła, wystarczyła zresztą tylko prośba Laurenta i już znowu siedziała obok niego, ale różdżkę ściskała w pogotowiu, nie mając zamiaru pozwolić, że by jakieś potworzysko ich zaatakowało. Ale może martwiła się niepotrzebnie? W końcu mugole pływali po tym jeziorze regularnie…
I regularnie coś się komuś działo. Jak tamtej biednej Tarze, która podobno popełniła samobójstwo topiąc się w Windermere. Ale Victoria w to nie wierzyła, nie po tym, co widziała, jak to miejsce wpływa na aurowidza… Albo wręcz aurowidzów.
Nie skomentowała tego, że Laurent zaczął wydawać im wszystkim jakieś komendy – skoro miał potrzebę i reszta miała się dzięki temu poczuć lepiej, to proszę bardzo. Ona sama niespecjalnie lubiła, gdy ktoś jej mówił jak ma wykonywać swoją pracę, chyba, że był to jej przełożony, ale nie chciała w to ingerować, zresztą jej uwaga była już teraz skupiona na obserwowaniu otoczenia.
– Wysłali mnie tutaj ze względu na żywe trupy, a nie kelpie. Nie mam ze sobą wędzidła – odparła Laurentowi, niejako popierając słowa Geraldine, ale w nieco inny sposób. Patrzyła na niego przez moment, nim jej wzrok uciekł znowu na jezioro. Coś tam wiedziała o magicznych stworzeniach, ale nie była żadnym ekspertem, no i jednak nie nosiła ze sobą przedmiotów mogących je ujarzmić. Zresztą nawet nie podejrzewała, ze może tu coś faktycznie mieszkać, skoro był to głównie mugolski ośrodek.
– Wystarczyło uprzedzić – …ale nie zgodziłaby się, żeby ktokolwiek oglądał jej aurę. Stuprocentowo ufała naprawdę małej liczbie osób i zwyczajnie nie miała ochoty się przed nikim odsłaniać. Niezależnie od tego, czy był to dobry pomysł, czy nie – chciałaby mieć wybór, a nie być go pozbawiona. Nauczyła się oklumencji, by mieć święty spokój, a nie z fanaberii. Nie odgoniła rąk Laurenta, gdy ten chciał objąć jej ramię, gdy tak siedzieli. Czy miała coś do ukrycia? A i owszem, miała, tak jak te osoby, które nie chciały odpowiadać na proste pytanie, co tu w ogóle robią. I był to ich wybór, by milczeć. Jej wyborem było nie pokazywać swoich myśli i odcieni nastroju tym, kto mógł to zobaczyć. – Całe szczęście, Esme – odparła, gdy wycedził przez zęby jej nazwisko, akcentując jego imię, tak jak chciał, by się do niego zwracać. Nie, świat nie kręcił się wokół niej, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. I nawet uśmiechnęła się gorzko, bo rozbawiło ją to bardziej, niż powinno, jego nagła złość na to, że zarysowywała swoje granice bardzo dokładnie. Poza tym, że nie była psem, by wykonywać komendy, to już zdążyła usiąść ze względu na prośbę Laurenta.
„Skąd wiedziałaś, że…”? Było bardzo mało możliwości tego, dlaczego wiedziała, ale Perseus nie był głupi i szybko połączył kropki – nie musiała mu odpowiadać, domyślił się sam, gdy ona po prostu się w niego wpatrywała. I nie przerwała mu, gdy mówił, gdy wylewał z siebie ten potok słów, niemalże poetyckich, gdy ubierał to wszystko w zdania, to co widział, wszystkie wnioski. Słowa Perseusa nie sprawiły, że Victoria się przeraziła, nie w taki sposób właściwie. Nie chciała wierzyć, że Laurenta dotyka jakiś mrok zarezerwowany tylko dla aur złych ludzi, bo on nie był złym człowiekiem. Zacisnęła jedną dłoń w pięść, jeszcze mocniej na swojej różdżce, ale drugą dłonią złapała za rękę Laurenta, o ile ten już jej nie obejmował – na znak tego, że cokolwiek Black gada, ona go samego na pewno nie zostawi.
– Nie patrz więcej na te aury. Już jedną osobę musieliśmy stąd ewakuować z tego względu – ze względu na to, że spojrzał na aury i jego mózg… coś dziwnego się stało, przygniotły go wszystkie bodźce… Tak jak mówiła: to, co Perseus powiedział na początku, pokrywało się z jej informacjami, a te nie wzięły się z kosmosu, nie wyczytała ich w ogniu, po prostu widziała to na własne oczy i mówił jej o tym ktoś, komu ufała całym swoim życiem i… teraz już go tutaj nie było, nie czuła tych uczuć tak mocno, ale zmartwienie o jego osobę pozostało. I wnioski, że zaglądanie w te aury jest kurewsko niebezpieczne. Jej spojrzenie było ciągle tak samo mocne, wciąż była zła na to wtargnięcie, nawet jeśli było niezamierzone, na niezrozumienie, dlaczego jej się to nie podobało, na to, że najwyraźniej panują tutaj jakieś podwójne standardy… Ale nie zamierzała robić o to więcej kłótni. Swoje zdanie wyraziła, oni nie musieli się z tym zgadzać, najwyraźniej nie byli oklumentami jak ona (to znaczy, że Laurent nie jest, to wiedziała, ale nie miała pojęcia jak reszta… to już miała, bo też by to poczuli i nie podchodziliby tak spokojnie, tak przynajmniej zakładała). – Nie martw się – to powiedziała już bezpośrednio do Laurenta. – Nie pozwolę, żeby coś ci się stało – czy kiedykolwiek pozwoliła? Nie.
Z miłą chęcią opuściła łódkę za Laurentem, rozejrzała się wokół, i wtedy to zobaczyła: krew na piasku, błyszczała w słońcu i trudno ją było pominąć, a ślad ciągnął się w trawę i krzaki. I gdy zobaczyła fokę, żywą, ale mocno ranną, tym bardziej zaczęła się rozglądać. Została zaatakowana w wodzie? Czy może już na lądzie? Jeśli na lądzie, to… I tak musiała się rozglądać za śladami Bagshota, ale cokolwiek zaatakowało fokę – było brutalne.
Rzut na Percepcję, rozglądam się za śladami Bagshota i tego, co mogło zaatakować fokę
Akcja nieudana
Akcja nieudana