26.04.2024, 17:11 ✶
— Owszem, Patrick coś o tym wspominał — mruknął z niezadowoleniem, że kolejna osoba z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów używa tej samej wymówki. — Może powinniście dodać wizytę w kwaterze głównej kowenu do waszej listy sprawunków przed ważnymi przydziałami? Kapłanki na pewno z chęcią poświęcą wasze głowy i różdżki poświęconymi olejkami. Będziecie jaśniej myśleć i zaklęcia będą celniej trafiać.
Tak przynajmniej lubili mówić kapłani.
— Tak czy inaczej, będę się za ciebie modlił. I za resztę twych sojuszników również.
Wiara w Matkę stanowiła podstawę jego życia, jeśli nie wiedział, gdzie szukać wsparcia wiedział, że znajdzie go w modlitwie. Wprawdzie bogowie rzadko kiedy odpowiadali, ale całkiem często pozwalali oczyścić umysł ze zbędnych myśli i niezakorzenionych wątpliwości, aby skupić się na tym, co faktycznie mogło przynieść jakieś korzyści. Może tak było i w tym przypadku? Modlitwa, rozpalona świeca, określenie wartości posiadanych informacji... Czyżby to wszystko popchnęło go do tego, aby zaprosić Brennę Longbottom na to spotkanie?
— Mieszkasz w Dolinie Godryka, czyż nie? — Uniósł pytająco jedną brew. — Wychowałaś się w rodowej posiadłości, więc pewnie całkiem dobrze znasz te tereny. Tam się urodziłaś i tam dorastałaś. Czy kiedykolwiek widziałaś coś, co mogłoby zostać wypaczone do tego stopnia, aby zmienić się w Widmo? — Pokręcił głową. — Jedyna wskazówka, jaką mam co do nich, toto, że ponoć zaklęcia patronusa na nie działa. To dosyć jasno łączy na pewnym poziomie Widma z dementorami, ale ciężko mi sobie wyobrazić gniazdo dementorów w Kniei.
Domeną tych zjaw było więzienie czarodziejów położone na odległej wyspie, a o ile Ministerstwo Magii nie wydało po kryjomu żadnego nieoficjalnego rozkazu, to nie potrafił znaleźć powodu, dla którego banda dementorów miałaby nagle znaleźć się w sercu Doliny Godryka, gdy na Polanie Ognisk bawiło się mnóstwo ludzi. Goście coś by wyczuli, a i zjawy pewnie miałyby problem z tym, aby powstrzymać się przed wejściem w interakcje z zebranymi tam czarodziejami i czarownicami. Mimo to Macmillan nie mógł potwierdzić niczego definitywnie. Nie wychował się w Dolinie, a chociaż w Kniei był parę razy, tak nie znał wszystkich jej tajemnic.
Właściwie co ty planujesz, Sebastianie, powtórzył bezgłośnie po Brennie. Już od dłuższego czasu bił się z myślami na temat swojej obiecnej pracy i tego, jak oderwany był w gruncie rzeczy od swojej społeczności, czyli kowenu Whitecroft. Wydarzenia z Beltane, kontrowersyjne decyzje arcykapłanki, a przede wszystkim ograniczony dostęp do informacji z wnętrza organizacji sprawiły, że coraz częściej fantazjował o tym, co by było, gdyby opuścił Ministerstwo Magii i na stałe przywdział szaty kapłana. W gruncie rzeczy dalej robiłby to, co robił teraz: wspierał ludzi w potrzebie, udzielał konsultacji i zajmował się duchami. Zwierzenia Patricka sprawiły jednak, że w swoich planach dostrzegł przewagę, którą mógł wykorzystać na korzyść Zimnych.
— Wejść w negocjacje z arcykapłanami — przyznał z ociąganiem po długiej pauzie. — Wychowałem się w tej instytucji, mam sporo doświadczenia z ich praktykami i znam kowen od podszewki, ale obecnie nie jestem w pełni kapłanem. Wybrałem pracę naukową i Ministerstwo Magii ponad kowen, więc poniekąd jestem... zasobem, który mogliby chcieć odzyskać. — Podniósł się z miejsca, aby podejść bliżej paleniska, w którym dalej jarzył się złoty ogień. — Rodzina mojej matki cierpi na pewną przypadłość... Oni... My czasem widzimy Limbo. Nie mamy nad tym zbyt dużej kontroli, ale podejrzewam, że byliśmy osobami, które były najbardziej połączone z zaświatami. Przynajmniej do czasu wypadku na Beltane. — Odwrócił wzrok od rozżarzonych węgli, aby wrócić spojrzeniem do Brenny. — Bez względu na to, jaki los spotka Zimnych, kowen będzie chciał dowiedzieć się więcej na temat drugiej strony. Mogą mieć swoich egzorcystów i przywoływaczy, ale osoba umiejąca spojrzeć w Limbo... I na dodatek osoba działająca stricte w ich szeregach... Myślę, że to będzie smakowity kąsek, a zarazem dobra karta przetargowa.
Tak przynajmniej lubili mówić kapłani.
— Tak czy inaczej, będę się za ciebie modlił. I za resztę twych sojuszników również.
Wiara w Matkę stanowiła podstawę jego życia, jeśli nie wiedział, gdzie szukać wsparcia wiedział, że znajdzie go w modlitwie. Wprawdzie bogowie rzadko kiedy odpowiadali, ale całkiem często pozwalali oczyścić umysł ze zbędnych myśli i niezakorzenionych wątpliwości, aby skupić się na tym, co faktycznie mogło przynieść jakieś korzyści. Może tak było i w tym przypadku? Modlitwa, rozpalona świeca, określenie wartości posiadanych informacji... Czyżby to wszystko popchnęło go do tego, aby zaprosić Brennę Longbottom na to spotkanie?
— Mieszkasz w Dolinie Godryka, czyż nie? — Uniósł pytająco jedną brew. — Wychowałaś się w rodowej posiadłości, więc pewnie całkiem dobrze znasz te tereny. Tam się urodziłaś i tam dorastałaś. Czy kiedykolwiek widziałaś coś, co mogłoby zostać wypaczone do tego stopnia, aby zmienić się w Widmo? — Pokręcił głową. — Jedyna wskazówka, jaką mam co do nich, toto, że ponoć zaklęcia patronusa na nie działa. To dosyć jasno łączy na pewnym poziomie Widma z dementorami, ale ciężko mi sobie wyobrazić gniazdo dementorów w Kniei.
Domeną tych zjaw było więzienie czarodziejów położone na odległej wyspie, a o ile Ministerstwo Magii nie wydało po kryjomu żadnego nieoficjalnego rozkazu, to nie potrafił znaleźć powodu, dla którego banda dementorów miałaby nagle znaleźć się w sercu Doliny Godryka, gdy na Polanie Ognisk bawiło się mnóstwo ludzi. Goście coś by wyczuli, a i zjawy pewnie miałyby problem z tym, aby powstrzymać się przed wejściem w interakcje z zebranymi tam czarodziejami i czarownicami. Mimo to Macmillan nie mógł potwierdzić niczego definitywnie. Nie wychował się w Dolinie, a chociaż w Kniei był parę razy, tak nie znał wszystkich jej tajemnic.
Właściwie co ty planujesz, Sebastianie, powtórzył bezgłośnie po Brennie. Już od dłuższego czasu bił się z myślami na temat swojej obiecnej pracy i tego, jak oderwany był w gruncie rzeczy od swojej społeczności, czyli kowenu Whitecroft. Wydarzenia z Beltane, kontrowersyjne decyzje arcykapłanki, a przede wszystkim ograniczony dostęp do informacji z wnętrza organizacji sprawiły, że coraz częściej fantazjował o tym, co by było, gdyby opuścił Ministerstwo Magii i na stałe przywdział szaty kapłana. W gruncie rzeczy dalej robiłby to, co robił teraz: wspierał ludzi w potrzebie, udzielał konsultacji i zajmował się duchami. Zwierzenia Patricka sprawiły jednak, że w swoich planach dostrzegł przewagę, którą mógł wykorzystać na korzyść Zimnych.
— Wejść w negocjacje z arcykapłanami — przyznał z ociąganiem po długiej pauzie. — Wychowałem się w tej instytucji, mam sporo doświadczenia z ich praktykami i znam kowen od podszewki, ale obecnie nie jestem w pełni kapłanem. Wybrałem pracę naukową i Ministerstwo Magii ponad kowen, więc poniekąd jestem... zasobem, który mogliby chcieć odzyskać. — Podniósł się z miejsca, aby podejść bliżej paleniska, w którym dalej jarzył się złoty ogień. — Rodzina mojej matki cierpi na pewną przypadłość... Oni... My czasem widzimy Limbo. Nie mamy nad tym zbyt dużej kontroli, ale podejrzewam, że byliśmy osobami, które były najbardziej połączone z zaświatami. Przynajmniej do czasu wypadku na Beltane. — Odwrócił wzrok od rozżarzonych węgli, aby wrócić spojrzeniem do Brenny. — Bez względu na to, jaki los spotka Zimnych, kowen będzie chciał dowiedzieć się więcej na temat drugiej strony. Mogą mieć swoich egzorcystów i przywoływaczy, ale osoba umiejąca spojrzeć w Limbo... I na dodatek osoba działająca stricte w ich szeregach... Myślę, że to będzie smakowity kąsek, a zarazem dobra karta przetargowa.