Lider… Liderem można było być wtedy, gdy inni chcieli cię słuchać, a prawda była taka, że nie zamierzała się kopać z koniem. Znała się z Geraldine nie od dzisiaj i pomimo wniosków Perseusa czy Esme – wcale nie było tak, że się nie lubiły. Ba, Geraldine zdobywała dla niej składniki do eliksirów, nie za darmo oczywiście, a czasami prosiła Victorię o eliksiry dla siebie, to była relacja biznesowa. Zresztą – rzuciła tylko propozycją, którą Gerry zbyła, i jaki był sens się tutaj o to wykłócać? Bo miała być osobą decyzyjną? Żaden był to powód. Chciała wiosłować, to mogła wiosłować, nie było powodu robić o to cyrków, dostała do tego wolną rękę, ot i to wszystko. Nie była to sprawa, przy której jej „decyzja” byłaby niezbędna, nie teraz i nie tutaj. Nie podobały jej się te zuchwałe i bezczelne odzywki i uszczypliwości, ale potrafiła się ugryźć w język kiedy chciała, nie miała pięciu lat. Dlatego milczała. Nie podobało jej się to, ale milczała. Odwróciła spojrzenie na Laurenta, gdy położył dłoń na jej ramieniu, a ona po sekundzie czy dwóch uniosła własną dłoń, by położyć ją na tej Laurenta i pogładzić go w uspokajającym geście, że nic się nie dzieje. Otworzyła usta, by bezdźwięcznie powiedzieć mu „dziękuję”.
– Czyli też praca – westchnęła na odpowiedź Laurenta i sama przeniosła spojrzenie na wodę, ale tylko na chwilę, bo zaraz odezwał się Perseus. – Tak, zastanawiające – przyznała mu. – I bardzo niepokojące. Coś dziwnego dzieje się w Windermere – i to od lat, wierząc tym dziwacznym zaginięciom i śmierciom, o których nie zamierzała mówić towarzyszom, żeby ich nie straszyć niepotrzebnie. To nie tak, że Perseus odwrócił jej uwagę, bo sam fakt, że dotarł tutaj, gdy już nie było pacjenta i zdążył odebrać od niego list, i nie wyjechał – było zastanawiające tylko w trochę mniejszym stopniu niż sprawa samego Windermere, ale przemyślenia zachowała dla siebie.
Była pewna różnica pomiędzy komplementowaniem kogoś i wysławianiem jego urody, gdy był w pracy, a zagajeniem rozmowy na neutralny temat, gdy akurat mieli do przepłynięcia pięć kilometrów w swoim towarzystwie. Nikt nie kazał im odpowiadać, nie musieli ze sobą w ogóle rozmawiać, jeśli preferowali płynąć w ciszy w atmosferze, którą można było kroić nożem. Wywróciła oczami, kiedy odezwała się Geraldine. Mowa była srebrem, to się zgadzało, ale czasami milczenie było złotem i miała taką myśl – że to złoto przydałoby się teraz Geraldine, bo nie robiła na niej wrażenia swoimi odzywkami. Prawdę mówiąc, to czuła się, jakby jej rozmówczyni cofnęła się gdzieś do początku szkoły, mniej-więcej taki był to poziom tej rozmowy. Jej jedyną odpowiedzią było wypuszczenie powietrza przez nos, co pewnie mógł usłyszeć siedzący obok niej Laurent, lekko pokręciła głową, ale nic nie powiedziała. Milczenie jest złotem – i zamierzała z własnej myśli skorzystać.
– Nie jestem panią detektyw, Rowle. Nie pracuję w BUMie – nie była pewna, czy to ignorancja czy kolejna zaczepka Esme, ale odpowiedziała mu na to spokojnie. Nie, nie była detektywem, specjalizowała się w walce z czarnoksiężnikami, więc dość łatwo było sobie dodać dwa do dwóch, co oznaczała jej obecność tutaj. Mimo uszu puściła opowieści o delfinach, niezbyt ją to interesowało… I wtedy zauważyła kątem rucha ruch na wodzie, aż się poderwała z miejsca i stanęła wyprostowana, ściskając swoją różdżkę, zerkając w ciemną, brudną wręcz toń. Toń, która jeszcze niedawno była wręcz krystalicznie czysta. I odezwała się Geraldine – akurat w jej zmysły i zdolności nie wątpiła; zresztą udowodniła jej to na Perle Morza.
– O zdecydowanie coś tutaj mieszka – mruknęła, śledząc ruch czegoś, co było długie i zaraz zniknęło w ciemnej wodzie. – A może to być jakiś… przerośnięty wąż wodny? Albo coś w tym rodzaju? – miała tutaj dwóch ekspertów od magicznych bestii, może Laurent albo Geraldine mieliby jakieś kolejne pomysły, co to może być. – Tam – wskazała palcem w miejsce, gdzie widziała kształt. Chyba jej się nie przywidziało…?
Wtedy to poczuła. Otarcie się o jej jaźń, jestestwo, intruza, przed którym się broniła, a nastąpiło to z zaskoczenia i najwyraźniej nie była zbyt ostrożna, opuściła gardę, a Perseus mógł dostrzec to, czym była; żółtą aurę, która zalewała jej osobę jak słońce oraz barwy wskazujące na to, że była naprawdę bardzo zmartwiona i lekko poddenerwowana i zirytowana. Spojrzała na niego gwałtownie, ostro.
– Czy koncept czegoś takiego jak prywatność jest dla ciebie obcy, Perseusie? – Victorię rzadko można było zobaczyć naprawdę zdenerwowaną, a dzisiaj jej cierpliwość była wystawiana na próbę jeszcze zanim odbili od tego brzegu i tak naprawdę nie była to wina jej towarzyszy. Teraz jednak jej spokój prysł, gdy ze złością patrzyła na mężczyznę. – Nikt wcześniej nigdy nie powiedział ci, że to niegrzeczne bez pytania kogoś czytać? – jakby zapytał, to przynajmniej dostałby jasną odpowiedź, że się nie zgadza, a tak wtargnął w jej prywatność bez zgody, wykorzystując moment słabości. Została oklumentką z jakiegoś powodu. – Nie rób tego więcej – czuła jak zaciskają się jej szczęki i musiała wziąć głębszy oddech.