24.04.2024, 19:30 ✶
Nie potrafił zrozumieć, jak Anthony mógł żyć w takich warunkach. Każdy przedmiot zdawał się mieć tutaj swoje wyznaczone miejsce, a zamiast rozgardiaszu w szafkach i komodach panował porządek i minimalizm. Nie było w tym niczego złego, jednak Erik przywykł do nieco innych standardów. Praktycznie całe swoje życie spędził w Warowni, a więc przyzwyczaił się do tego, że pokoje były pełne szpargałów, a po szafach i kufrach chowano najróżniejsze pamiątki i dawne ozdoby. Sprawiało to, że rezydencja wyglądała na zamieszkałą, ciepłą i komfortową.
Może Erik był za bardzo przyzwyczajony do życia w posiadłości z mnóstwem domowników, jednak pustawe wnętrza kojarzyły mu się aż nazbyt mocno z hotelami i muzeami. Nie żeby hotele były takie najgorsze, pomyślał przelotnie, gdy sięgał po przygotowany dla niego szlafrok. Bądź co bądź, osoba Shafiqa nierozerwalnie łączyła się dla niego z licznymi wizytami w takich przybytkach. Gdyby nie wydarzenia mijającego dnia, być może dałby się przekonać, że po powrocie do sypialni nie wylądowałby wcale w Anglii, a w innym miejscu: Włochach, Egipcie czy którymś z krajów skandynawskich. Jak zanurzenie się we wspomnieniach zachowanych w myślodsiewni.
Wprawdzie po powrocie do głównego pokoju nie przeniósł się magicznie w czasie, jednak jeden element dawnych wypraw dalej znajdował się w pomieszczeniu. Anthony. Kręcąc się po sypialni, starał się nie zerkać zbyt uporczywie w jego stronę, mamrocząc tylko pod nosem kolejne narzekania na temat swego, jednak kiedy w końcu na niego spojrzał... Na widok okularów spoczywających na jego nosie, nie potrafił się nie uśmiechnąć. Zawsze lubił go w szkłach. Uważał, że wygładzały jego aurę i zmieniały jego wizerunek z nieugiętego dyplomaty w uczonego. Uśmiech Erika przygasł, gdy Shafiq zbliżył się do niego.
Wiedziony instynktem chciał cofnąć się o kilka kroków, niepewny co do tego, co zamierzał starszy czarodziej, jednak koniec końców nie zrobił tego. Uniósł tylko lekko ręce, co by ułatwić Anthony'emu zadanie polegające na obwiązaniu go pasem. Gdy przesunął wiązanie na bok, jego ręka mimowolnie powędrowała ku dłoni mężczyzny; czy chcąc ją chwycić, czy odepchnąć, tego sam nie wiedział. Anthony go jednak uprzedził, wycofując się w tył. Nagle Erik ucieszył się, że właśnie wyszedł właśnie spod prysznica; nagrzana skóra skrzętnie zamaskowała zaczerwienienia na jego policzkach.
— Po prostu lubisz się znęcać nad innymi, Antoniuszu — odbił piłeczkę, wykonując oczami teatralny młynek. — Myślę, że gdybyś miał możliwość ubrać tak pół czarodziejskiej socjety w tym kraju, zrobiłbyś to w mgnieniu oka. Przyjąłbym ten zakład.
Longbottom ruszył w stronę fotela, siadając na nim ze sporą dozą niepewności. Alkohol zaczynał wyparowywać z jego głowy, sprawiając, że był aż zanadto świadomy tego, w jakiej sytuacji się znalazł i w jakim położeniu postawił gospodarza swego azylu. Trudno było mu teraz spojrzeć w oczy. Nigdy nie chciał być dla nikogo ciężarem; chyba dlatego koniec końców wskoczył do pociągu, zamiast wracać do domu czy szukać miejsca do spania po znajomych z miasta. Wizyta w Little Hangleton była niespodziewana, a jednak zaprowadziła go do właściwej osoby. Do kogoś, komu faktycznie ufał.
— Dziękuję — mruknął w końcu, opierając jedną dłoń o podłokietnik fotela, a drugą o blat krzesła, raz po raz ją zaciskając tylko po to, aby zaraz znowu rozprostować. — Po prawdzie, to nie planowałem tej wizyty. Ja... Nawet nie wiedziałem, gdzie jadę. Przyjechałem koleją. Teleportacja... Cóż, nie byłaby w moim przypadku zbyt dobrym rozwiązaniem. Przesadziłem z alkoholem. Przesadziłem... tak ogólnie.
Uniósł spojrzenie na Anthony'ego. Spłoszyło go nieco to, że mężczyzna dalej się w niego wpatrywał, jednak tym razem wytrzymał jego spojrzenie, jakby podejmował jedną z wielu rękawic jakie mu rzucał w ciągu ostatnich kilku lat ich znajomości. Westchnął przeciągle i sięgnął po jagnięcinę, grzebiąc w niej przez dłuższą chwilę w talerzu, zanim w końcu zdecydował się na wzięcie kilku kęsów do ust. Smak gorącego mięsa i aromatycznych przypływ rozlał się po jego żołądku, wybijając się ponad działanie alkoholu w jego organizmie.
— Zamawiasz sobie rosół od Malwy? Codziennie? — spytał, gdy i do niego dotarł charakterystyczny zapach zupy skrzatki. Uniósł brew, dalej racząc się combrem. Wskazał widelcem na talerz z parującą zupą.— Nie będę ci zabierał kolacji. Jedz.
Nie był w aż tak złym stanie, a obecnie miał przeświadczenie, że nieświadomie zabierał Anthony'emu porcję ostatniego posiłku tego dnia. Każdy kolejny kęs dodawał mu energii, ale sprawiał też, że rozjaśniał mu się umysł. Najchętniej zamknąłby wspomnienia z tego dnia w tej samej skrzyni, w jakiej przez tyle lat trzymał wszystko inne, co było związane z Selwynem, jednak czuł też, że był coś winny Shafiqowi za tę gościnę. Wyjaśnienia, nawet jeśli nie będą w stu procentach szczere.
— Widziałem się dziś z kimś... Z kimś, kto mnie kiedyś skrzywdził. Lata temu. — Przeklął się w myślach za to, jak duże napięcie było wyczuwalne w jego głosie. — Myślałem, że mam to już za sobą i już nigdy więcej go nie zobaczę, ale z własnej głupoty odnowiłem kontakt. Chciałem... Chciałem jakiegoś wyrównania rachunków. Chyba. — Odkroił kawałek jagnięciny i zaczął znęcać się nad nim ostrymi ząbkami widelca. — To nie była mądra decyzja. Nigdy nie powinienem wysyłać tego durnego listu, ale...
Zamilkł, wbijając wzrok w niewidzialny obiekt tuż obok głowy Anthony'ego.
— Eh, tak się chyba kończy igranie z płomieniem. Chciałem zwalczyć ogień ogniem i sam się przy tym sparzyłem. Tylko zrobiłem sobie większą krzywdę.
Może Erik był za bardzo przyzwyczajony do życia w posiadłości z mnóstwem domowników, jednak pustawe wnętrza kojarzyły mu się aż nazbyt mocno z hotelami i muzeami. Nie żeby hotele były takie najgorsze, pomyślał przelotnie, gdy sięgał po przygotowany dla niego szlafrok. Bądź co bądź, osoba Shafiqa nierozerwalnie łączyła się dla niego z licznymi wizytami w takich przybytkach. Gdyby nie wydarzenia mijającego dnia, być może dałby się przekonać, że po powrocie do sypialni nie wylądowałby wcale w Anglii, a w innym miejscu: Włochach, Egipcie czy którymś z krajów skandynawskich. Jak zanurzenie się we wspomnieniach zachowanych w myślodsiewni.
Wprawdzie po powrocie do głównego pokoju nie przeniósł się magicznie w czasie, jednak jeden element dawnych wypraw dalej znajdował się w pomieszczeniu. Anthony. Kręcąc się po sypialni, starał się nie zerkać zbyt uporczywie w jego stronę, mamrocząc tylko pod nosem kolejne narzekania na temat swego, jednak kiedy w końcu na niego spojrzał... Na widok okularów spoczywających na jego nosie, nie potrafił się nie uśmiechnąć. Zawsze lubił go w szkłach. Uważał, że wygładzały jego aurę i zmieniały jego wizerunek z nieugiętego dyplomaty w uczonego. Uśmiech Erika przygasł, gdy Shafiq zbliżył się do niego.
Wiedziony instynktem chciał cofnąć się o kilka kroków, niepewny co do tego, co zamierzał starszy czarodziej, jednak koniec końców nie zrobił tego. Uniósł tylko lekko ręce, co by ułatwić Anthony'emu zadanie polegające na obwiązaniu go pasem. Gdy przesunął wiązanie na bok, jego ręka mimowolnie powędrowała ku dłoni mężczyzny; czy chcąc ją chwycić, czy odepchnąć, tego sam nie wiedział. Anthony go jednak uprzedził, wycofując się w tył. Nagle Erik ucieszył się, że właśnie wyszedł właśnie spod prysznica; nagrzana skóra skrzętnie zamaskowała zaczerwienienia na jego policzkach.
— Po prostu lubisz się znęcać nad innymi, Antoniuszu — odbił piłeczkę, wykonując oczami teatralny młynek. — Myślę, że gdybyś miał możliwość ubrać tak pół czarodziejskiej socjety w tym kraju, zrobiłbyś to w mgnieniu oka. Przyjąłbym ten zakład.
Longbottom ruszył w stronę fotela, siadając na nim ze sporą dozą niepewności. Alkohol zaczynał wyparowywać z jego głowy, sprawiając, że był aż zanadto świadomy tego, w jakiej sytuacji się znalazł i w jakim położeniu postawił gospodarza swego azylu. Trudno było mu teraz spojrzeć w oczy. Nigdy nie chciał być dla nikogo ciężarem; chyba dlatego koniec końców wskoczył do pociągu, zamiast wracać do domu czy szukać miejsca do spania po znajomych z miasta. Wizyta w Little Hangleton była niespodziewana, a jednak zaprowadziła go do właściwej osoby. Do kogoś, komu faktycznie ufał.
— Dziękuję — mruknął w końcu, opierając jedną dłoń o podłokietnik fotela, a drugą o blat krzesła, raz po raz ją zaciskając tylko po to, aby zaraz znowu rozprostować. — Po prawdzie, to nie planowałem tej wizyty. Ja... Nawet nie wiedziałem, gdzie jadę. Przyjechałem koleją. Teleportacja... Cóż, nie byłaby w moim przypadku zbyt dobrym rozwiązaniem. Przesadziłem z alkoholem. Przesadziłem... tak ogólnie.
Uniósł spojrzenie na Anthony'ego. Spłoszyło go nieco to, że mężczyzna dalej się w niego wpatrywał, jednak tym razem wytrzymał jego spojrzenie, jakby podejmował jedną z wielu rękawic jakie mu rzucał w ciągu ostatnich kilku lat ich znajomości. Westchnął przeciągle i sięgnął po jagnięcinę, grzebiąc w niej przez dłuższą chwilę w talerzu, zanim w końcu zdecydował się na wzięcie kilku kęsów do ust. Smak gorącego mięsa i aromatycznych przypływ rozlał się po jego żołądku, wybijając się ponad działanie alkoholu w jego organizmie.
— Zamawiasz sobie rosół od Malwy? Codziennie? — spytał, gdy i do niego dotarł charakterystyczny zapach zupy skrzatki. Uniósł brew, dalej racząc się combrem. Wskazał widelcem na talerz z parującą zupą.— Nie będę ci zabierał kolacji. Jedz.
Nie był w aż tak złym stanie, a obecnie miał przeświadczenie, że nieświadomie zabierał Anthony'emu porcję ostatniego posiłku tego dnia. Każdy kolejny kęs dodawał mu energii, ale sprawiał też, że rozjaśniał mu się umysł. Najchętniej zamknąłby wspomnienia z tego dnia w tej samej skrzyni, w jakiej przez tyle lat trzymał wszystko inne, co było związane z Selwynem, jednak czuł też, że był coś winny Shafiqowi za tę gościnę. Wyjaśnienia, nawet jeśli nie będą w stu procentach szczere.
— Widziałem się dziś z kimś... Z kimś, kto mnie kiedyś skrzywdził. Lata temu. — Przeklął się w myślach za to, jak duże napięcie było wyczuwalne w jego głosie. — Myślałem, że mam to już za sobą i już nigdy więcej go nie zobaczę, ale z własnej głupoty odnowiłem kontakt. Chciałem... Chciałem jakiegoś wyrównania rachunków. Chyba. — Odkroił kawałek jagnięciny i zaczął znęcać się nad nim ostrymi ząbkami widelca. — To nie była mądra decyzja. Nigdy nie powinienem wysyłać tego durnego listu, ale...
Zamilkł, wbijając wzrok w niewidzialny obiekt tuż obok głowy Anthony'ego.
— Eh, tak się chyba kończy igranie z płomieniem. Chciałem zwalczyć ogień ogniem i sam się przy tym sparzyłem. Tylko zrobiłem sobie większą krzywdę.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞