Patrzyła na Geraldine i Esme z kamiennym wyrazem twarzy, ale prawdę mówiąc, to miała nadzieję, że ogarną się szybciej niż później, bo jak całą drogę na wyspę i z powrotem będą tak gruchać do siebie, to chyba nie wytrzyma. Nie to, żeby miała coś przeciwko publicznemu okazywaniu uczuć, ale było na to miejsce i czas, a obecny anturaż zupełnie się w to nie wpasowywał, a ponadto generowało to brak uwagi, na który nie mogli sobie pozwolić.
Czy naprawdę tak się jawiła ludziom, jakby od zawsze wiedziała czego chce od życia? Może tak właśnie było, prymuska z dobrego domu, która nie raz i nie dwa nosząc już odznakę prefekta przyłapała kolegów z własnego domu na cichym knuciu, pytająca wtedy, czy zadanie domowe odrobione. Ale prawda nie mogła być inna, o czym Laurent przekonał się kiedyś, gdy o tym rozmawiali; Victoria długo nie wiedziała, w którą stronę pójść, nie potrafiła zadecydować aż do ostatniego roku nauki, a i ten wybór był teraz o kant dupy rozbić, bo nie miała już nic wspólnego z amnezjatorami. Teraz rzeczywiście wiedziała, czego od tego życia chce, ale na to potrzeba było jednak trochę lat. Nie tylko czego chce – czego wymaga również.
Uniosła wyżej brwi, nawet nie w zaskoczeniu, ale raczej niedowierzaniu, że można takie tanie teksty, jak jej tu teraz sprzedawał Esme, mówić w takiej chwili i takim miejscu.
– Dziękuję, ale proszę o zachowanie minimalnej chociaż powagi, to nie jest spotkanie towarzyskie – lubiła komplementy, jak chyba każda kobieta i nie czuła się niezręcznie, po prostu wolała zarysować granicę już teraz. Dla niej to nie była zabawa w żadnym razie, a mając w pamięci jak jej partner zareagował na aurę tego miejsca – tym bardziej poważnie do tego podchodziła.
Odgłos, jaki Geraldine wydała z siebie pod nosem, nie uszedł jej uwadze, ale choć go zanotowała, to póki co postanowiła to zignorować, raz jeszcze topiąc się w chłodnych wodach oklumencji, które obmywały ją z wszelkich emocji, chcąc na dłużej zachować swoją już i tak nadszarpniętą cierpliwość – nawet jeśli była to tylko maska i pomagało na krótko, to i tak wolała się w tym zatopić, niż niczym pięciolatka robić tutaj scenę. Nie wiedziała na ile wystarczy jej na to sił, ale póki co musiała sobie jakoś radzić, skoro każdy na razie usadawiał się w łódce.
Pierwsza próba nastąpiła bardzo szybko, a Victoria w pierwszej chwili wzięła głębszy oddech, a potem skierowała ciemne spojrzenie na Yaxley.
– Jak chcesz wiosłować, to proszę bardzo, wiosła są twoje – wskazała na nie, odpowiadając na zaczepkę Geraldine i było widać, że jej spokój to tylko fasada, może i piękna, ale niedoskonała. Mogła być zimna, ale było to widać w oczach: ten ogień, który ją napędzał i wciąż się w niej tlił. Nie zamierzała się z nikim wykłócać, ani przede wszystkim licytować, ona jednak jeśli nie musiała, to wolała zachować swoje siły na później. – Może dla was to zabawa i bawcie się dowoli, tam jest więcej łódek – wskazała głową na inne łódki, które były przywiązane do molo, gdy tym razem swoje pięć groszy do tego dorzucił Esme. Nie. Nie zamierzała się bawić z nimi w kotka i myszkę. Esme już zresztą odbił ich łódź od molo i przepływali właśnie obok tych śniętych ryb, obok smrodu, które z siebie wydzielały i wręcz odruchowo zmarszczyła nos i wstrzymała oddech. Skoro Gerry tak się pchała do wiosłowania, to mogła odebrać je od Esme i zrobić co chciała, nie będą musieli się bawić w transmutacje i wytwarzanie ciśnienia powietrza.
– Co wy tu właściwie robicie? – zwróciła się do tych przymusowych towarzyszy gdzieś w trakcie podróży. Ona była tu w pracy, a oni…? Laurent nie chwalił jej się, że wybiera się na wakacje do tego pożal się Merlinie ośrodka, a Perseus… sądziła, że świeżo upieczony mąż będzie na miesiącu miodowym. Chyba, że właśnie był – to straszny pech. – Myślałam, że po weselu udajecie się w podróż poślubną – tu zwróciła się już do Blacka. – Vespera była tu z tobą? Odesłałeś ją do domu? – może został ze względu na wydarzenia… a Geraldine i Esme? Raczej nie byli tutaj w… pracy?
!2zatrutawoda