24.04.2024, 01:08 ✶
Atreus uśmiechnął się do Lorraine przekornie, ale nic nie powiedział. To, że krótkie spódniczki mu się podobały to była jedna rzecz, ale fakt z jakich powodów blondynka je skracała, to była już zupełnie inna kwestia, którą on z kolei zawsze starannie starał się przemilczeć.
Kupowanie jej ubrań wtedy, było zwyczajnie niewykonalne. Z resztą - czy naprawdę musiał to robić, skoro na dobrą sprawę, gdyby tylko jakiś inny chłopak próbował się do niej przyczepić, zwyczajnie dostałby w mordę? Obietnica wpierdolu była tym większa, że przecież Bulstrode należał do całego stada chłystków, którzy o wiele chętniej jak rozumu używali pięści. Jedna para rąk bolała, ale kiedy kolejna przytrzymywała cię w miejscu, nie było już tak łatwo uciec od zasłużonej kary.
- Bardzo ładnie - pokiwał głową, przyglądając się jej małemu pokazowi właśnie sprezentowanej przez niego sukienki. Zawsze, no dobrze - prawie zawsze, przychodził do niej z prezentem, chociaż nigdy nie uważał że robił to, żeby kupować jej względy, jak pewnie ktoś mógłby mu zarzucić. Jakaś jego część, ta zupełnie niepomna na to, jak ona może do tego podchodzić, wychodziła z prostego założenia, że skoro i tak ma pieniądze, to czemu ich nie wydawać.
Było coś pocieszającego w tym, że te zdjęcia wciąż wisiały na ścianie. Był już w wielu jej mieszkaniach, bo co chwile znajdowała sobie nowe, a on nigdy w pełni nie zrozumiał dlaczego. Jeśli potrzebujesz ochrony, to można coś zaaranżować, mówił jej nie raz, ale Lorraine była Lorraine i czuła nieprzebraną potrzebę bycia niezależną, tak jakby odrobina wsparcia miała zaowocować długotrwałą chorobą. Kiedyś nawet pytał ją, co tym razem zmusiło ją do spakowania walizek, ale w pewnym momencie przestał to robić, znudzony a może też zmęczony jej niebezpośrednimi odpowiedziami, które miały na celu odsunięcie go od tematu. Nokturn to nie był jego cyrk i rozumiał, że sam niewiele mógł zrobić, żeby jakoś ułatwić jej życie. Ale zawsze mógł poprosić Borgina.
- O widzisz. A podobała ci się fotografia, którą wrzucili w gazecie? Bo moim zdaniem mogli wybrać coś lepszego. Nie wiem, wolę swój lewy profil, albo en face, a oni dali od prawej... - zaczął narzekać, z pewnym drwiącym uśmiechem błądzącym po ustach, bo nie mógł przecież być w tym momencie poważnym. Ani tym bardziej w tym temacie.
Nawet przez chwilę nie opierał się jej, kiedy przyciągnęła go do siebie, obdarzając ją w tym momencie delikatnym, nieco szelmowskim uśmiechem. Zawsze w ten sposób do siebie podchodzili, bezustannie na przestrzeni lat wtłaczając w poświęcone sobie gesty jakieś wspomnienia tego, co kiedyś między nimi było. Teraz, w odpowiedzi na jej gest, jego dłonie oparły się początkowo na jej biodrach, niby w poufałym geście, ale Lorraine mogła poczuć, że mimo wszystko stawiały jej opór. Ale wyraz jego twarzy nie zmienił się, przynajmniej w ten sposób nie pozwalając jej z łatwością dojść do tego, dlaczego właściwie ją zatrzymał, kiedy w zazwyczaj w takim momencie otaczał ją ramionami, przyciskając do siebie.
Wiążąca go magia pociągała delikatnie za więź, która łączyła go z Brenną, nakładając na niego ograniczenia i wiążąc mu ręce. Skoro już wiedzieli, że działało to w dwie strony, nie mógł w tym momencie nie zastanawiać się mimowolnie, co właściwie Longbottom uważała za zdradę. Czy taka poufałość już napychała jej płuca płatkami, nawet jeśli dla niego nie było to nic wielkiego ani czym by się przejmował, gdyby robiła coś podobnego na jego miejscu?
Nigdy nie ukrywał przed nią, że to co w pierwszej chwili zwróciło w niej jego uwagę, był urok wili, jaki ją roztaczał. Byli dzieciakami i oboje nie panowali nad swoimi zdolnościami tak, jak powinni, ale gdzieś na przestrzeni lat spędzonych w Hogwarcie, Malfoy zdążyła go zachwycić w zupełnie inny sposób. Taki, którego tylko on mógł doświadczyć. Kiedy na nią patrzył, nie widział tylko roziskrzonej łuny, która oczarowywała ludzi, ale także feerię barw, która świadczyła o prawdziwej Lorraine. Jego trzecie oko patrzyło głębiej, sięgając po to co ukryte było pod powierzchownością, którą odgrywała dla innych. Lubił te kolory, zmieniające się niczym obrazki w kalejdoskopie i pozwalające mu poukładać sobie w głowie to co o niej myślał, jeszcze zanim pierwszy raz przyciągnął ją do siebie, targując się o buziaka.
Mimowolnie, kiedy na nią spoglądał, zastanawiał się ile ludzi tak naprawdę widziało prawdziwą Lorraine Malfoy. On? Chyba tylko dlatego, że patrzył na to, co ona często starannie omijała swoim zachowaniem. Bo w końcu była ponad rozmawianie z nim o swoich uczuciach. Maeve? Widział, jak otaczające Lorraine barwne halo drgało, kiedy znajdowała się w obecności Chang i nie potrzebował nawet umiejętności dostrzegania nici, żeby podchwycić to, co je faktycznie łączyło. Lorraine była wtedy aż słodka z miłości, dokładnie tak samo jak kiedyś była dla niego. Dokładnie tak samo, jak wciąż była dla każdego, kogo kiedykolwiek kochała.
Rytuał Beltane nie był jedyną rzeczą, która powstrzymywała go od dania jej nieco więcej czułości, bo nawet jeśli blondynce nie przeszkadzał bijący od niego chłód, on nie mógł o nim zapomnieć. Podarowane mu przez Cynthię eliksiry zdążyły się skończyć i powinien zamówić nową partię, bo przeszywające go zimno zdawało się dotykać go przez kości, przenikając nawet duszę. Dotyk był dla niego jednym z fundamentalnych sposobów komunikacji, a teraz, kiedy ludzie wzdrygali się od kontaktu z nim, często mimowolnie, tym bardziej go to raniło.
Dlatego zawsze, kiedy trzymał Brennę, niby z ociąganiem puszczał jej dłoń. Owszem, do leniwości tych gestów przyczyniała się także łącząca ich magia, ale wygrywała w tym zwykła ludzka potrzeba, stojąca bardziej u podstaw. Pewnie też teraz, nawet jeśli w pełni nie zbliżył się do Lorraine, z satysfakcją czuł jej ciepło rozlewające się po dłoniach.
- Ktoś musi, bo ja niestety nie mam na to czasu - rzucił przekornie, ujmując ją za dłoń i przelotnie całując jej wierzch. - Nic tylko dziękować temu jak dzielnie składasz je do modlitwy, bo biorąc pod uwagę że jeszcze żyję, musiałaś porządnie się za mną wstawić - posłany jej uśmiech był nieco cyniczny, bo Atreus nigdy specjalnie nie wierzył w sprawczość tych zdrowasiek i innych modłów. Bogowie pewnie mieli lepsze rzeczy do roboty, niż zajmowanie się sprawami śmiertelników. Puścił ją, cofając się do okna i przysiadając opierając się o parapet. Niby przypadkiem, niby w ten zblazowany, rozluźniony sposób, ale była w tym zwyczajna kalkulacja, by nie mogła tak po prostu wdrapać mu się na kolana, by z pieszczotliwą delikatnością włamać mu się do głowy.
Kupowanie jej ubrań wtedy, było zwyczajnie niewykonalne. Z resztą - czy naprawdę musiał to robić, skoro na dobrą sprawę, gdyby tylko jakiś inny chłopak próbował się do niej przyczepić, zwyczajnie dostałby w mordę? Obietnica wpierdolu była tym większa, że przecież Bulstrode należał do całego stada chłystków, którzy o wiele chętniej jak rozumu używali pięści. Jedna para rąk bolała, ale kiedy kolejna przytrzymywała cię w miejscu, nie było już tak łatwo uciec od zasłużonej kary.
- Bardzo ładnie - pokiwał głową, przyglądając się jej małemu pokazowi właśnie sprezentowanej przez niego sukienki. Zawsze, no dobrze - prawie zawsze, przychodził do niej z prezentem, chociaż nigdy nie uważał że robił to, żeby kupować jej względy, jak pewnie ktoś mógłby mu zarzucić. Jakaś jego część, ta zupełnie niepomna na to, jak ona może do tego podchodzić, wychodziła z prostego założenia, że skoro i tak ma pieniądze, to czemu ich nie wydawać.
Było coś pocieszającego w tym, że te zdjęcia wciąż wisiały na ścianie. Był już w wielu jej mieszkaniach, bo co chwile znajdowała sobie nowe, a on nigdy w pełni nie zrozumiał dlaczego. Jeśli potrzebujesz ochrony, to można coś zaaranżować, mówił jej nie raz, ale Lorraine była Lorraine i czuła nieprzebraną potrzebę bycia niezależną, tak jakby odrobina wsparcia miała zaowocować długotrwałą chorobą. Kiedyś nawet pytał ją, co tym razem zmusiło ją do spakowania walizek, ale w pewnym momencie przestał to robić, znudzony a może też zmęczony jej niebezpośrednimi odpowiedziami, które miały na celu odsunięcie go od tematu. Nokturn to nie był jego cyrk i rozumiał, że sam niewiele mógł zrobić, żeby jakoś ułatwić jej życie. Ale zawsze mógł poprosić Borgina.
- O widzisz. A podobała ci się fotografia, którą wrzucili w gazecie? Bo moim zdaniem mogli wybrać coś lepszego. Nie wiem, wolę swój lewy profil, albo en face, a oni dali od prawej... - zaczął narzekać, z pewnym drwiącym uśmiechem błądzącym po ustach, bo nie mógł przecież być w tym momencie poważnym. Ani tym bardziej w tym temacie.
Nawet przez chwilę nie opierał się jej, kiedy przyciągnęła go do siebie, obdarzając ją w tym momencie delikatnym, nieco szelmowskim uśmiechem. Zawsze w ten sposób do siebie podchodzili, bezustannie na przestrzeni lat wtłaczając w poświęcone sobie gesty jakieś wspomnienia tego, co kiedyś między nimi było. Teraz, w odpowiedzi na jej gest, jego dłonie oparły się początkowo na jej biodrach, niby w poufałym geście, ale Lorraine mogła poczuć, że mimo wszystko stawiały jej opór. Ale wyraz jego twarzy nie zmienił się, przynajmniej w ten sposób nie pozwalając jej z łatwością dojść do tego, dlaczego właściwie ją zatrzymał, kiedy w zazwyczaj w takim momencie otaczał ją ramionami, przyciskając do siebie.
Wiążąca go magia pociągała delikatnie za więź, która łączyła go z Brenną, nakładając na niego ograniczenia i wiążąc mu ręce. Skoro już wiedzieli, że działało to w dwie strony, nie mógł w tym momencie nie zastanawiać się mimowolnie, co właściwie Longbottom uważała za zdradę. Czy taka poufałość już napychała jej płuca płatkami, nawet jeśli dla niego nie było to nic wielkiego ani czym by się przejmował, gdyby robiła coś podobnego na jego miejscu?
Nigdy nie ukrywał przed nią, że to co w pierwszej chwili zwróciło w niej jego uwagę, był urok wili, jaki ją roztaczał. Byli dzieciakami i oboje nie panowali nad swoimi zdolnościami tak, jak powinni, ale gdzieś na przestrzeni lat spędzonych w Hogwarcie, Malfoy zdążyła go zachwycić w zupełnie inny sposób. Taki, którego tylko on mógł doświadczyć. Kiedy na nią patrzył, nie widział tylko roziskrzonej łuny, która oczarowywała ludzi, ale także feerię barw, która świadczyła o prawdziwej Lorraine. Jego trzecie oko patrzyło głębiej, sięgając po to co ukryte było pod powierzchownością, którą odgrywała dla innych. Lubił te kolory, zmieniające się niczym obrazki w kalejdoskopie i pozwalające mu poukładać sobie w głowie to co o niej myślał, jeszcze zanim pierwszy raz przyciągnął ją do siebie, targując się o buziaka.
Mimowolnie, kiedy na nią spoglądał, zastanawiał się ile ludzi tak naprawdę widziało prawdziwą Lorraine Malfoy. On? Chyba tylko dlatego, że patrzył na to, co ona często starannie omijała swoim zachowaniem. Bo w końcu była ponad rozmawianie z nim o swoich uczuciach. Maeve? Widział, jak otaczające Lorraine barwne halo drgało, kiedy znajdowała się w obecności Chang i nie potrzebował nawet umiejętności dostrzegania nici, żeby podchwycić to, co je faktycznie łączyło. Lorraine była wtedy aż słodka z miłości, dokładnie tak samo jak kiedyś była dla niego. Dokładnie tak samo, jak wciąż była dla każdego, kogo kiedykolwiek kochała.
Rytuał Beltane nie był jedyną rzeczą, która powstrzymywała go od dania jej nieco więcej czułości, bo nawet jeśli blondynce nie przeszkadzał bijący od niego chłód, on nie mógł o nim zapomnieć. Podarowane mu przez Cynthię eliksiry zdążyły się skończyć i powinien zamówić nową partię, bo przeszywające go zimno zdawało się dotykać go przez kości, przenikając nawet duszę. Dotyk był dla niego jednym z fundamentalnych sposobów komunikacji, a teraz, kiedy ludzie wzdrygali się od kontaktu z nim, często mimowolnie, tym bardziej go to raniło.
Dlatego zawsze, kiedy trzymał Brennę, niby z ociąganiem puszczał jej dłoń. Owszem, do leniwości tych gestów przyczyniała się także łącząca ich magia, ale wygrywała w tym zwykła ludzka potrzeba, stojąca bardziej u podstaw. Pewnie też teraz, nawet jeśli w pełni nie zbliżył się do Lorraine, z satysfakcją czuł jej ciepło rozlewające się po dłoniach.
- Ktoś musi, bo ja niestety nie mam na to czasu - rzucił przekornie, ujmując ją za dłoń i przelotnie całując jej wierzch. - Nic tylko dziękować temu jak dzielnie składasz je do modlitwy, bo biorąc pod uwagę że jeszcze żyję, musiałaś porządnie się za mną wstawić - posłany jej uśmiech był nieco cyniczny, bo Atreus nigdy specjalnie nie wierzył w sprawczość tych zdrowasiek i innych modłów. Bogowie pewnie mieli lepsze rzeczy do roboty, niż zajmowanie się sprawami śmiertelników. Puścił ją, cofając się do okna i przysiadając opierając się o parapet. Niby przypadkiem, niby w ten zblazowany, rozluźniony sposób, ale była w tym zwyczajna kalkulacja, by nie mogła tak po prostu wdrapać mu się na kolana, by z pieszczotliwą delikatnością włamać mu się do głowy.