23.04.2024, 04:05 ✶
Bawiło ją w jakiś niewypowiedziany sposób to, jak Louvain się zachowywał. Może zwyczajnie miło było zobaczyć go w sytuacji, w której tracił trochę rezon i nie czuł się już aż tak pewny siebie. Była w tym jakaś satysfakcja, że musiał przynajmniej częściowo polegać na niej w momencie, kiedy absolutnie chciał tego zrobić i pozwolenie sobie na taką chwilę słabości było zwyczajnie lekkomyślne. Ale jaki miał wybór? Gdyby mogła, to pewnie ze złośliwością wytknęłaby mu, że czas na poważne decyzje mu się skończył, kiedy postanowił iść za swoim szanownym Czarnym Panem do limbo - miejsca, które absolutnie nie było przeznaczone dla żywych, a mimo tego zastraszająca wręcz ilość ludzi trafiła do niego podczas Beltane. Teraz mógł tylko próbować nieudolnie lawirować między opcjami i pomysłami, z których pewnie tylko garstka wydawała się sensowna.
Nie wiedziała czy był aż taki głupi, czy zdesperowany, a może powodowała nim jakaś trzecia, ukryta dla niej rzecz, która sprawiła że postanowił tak zwyczajnie się jej wystawić. Nie sądziła, by ich spotkanie przed paroma dniami jakkolwiek upewniło Louvaina w tym, że przy odpowiedniej okazji nie spróbuje zrobić czegoś głupiego, ale teraz zgłoszenie go na brygadę, wydawało się nieodpowiednie. Zgrzytało z ogólnym planem, którego nawet nie potrafiła sobie w głowie odpowiednio rozrysować, bo nigdy nie była w stanie nabrać do rzeczy odpowiedniej perspektywy, by myśleć długofalowo. Zawsze miała teraz intuicję.
A ta teraz walczyła z rozdrażnieniem, kiedy znowu nazwał ją Promyczkiem, na co wywróciła oczami.
Wątpiła w niego, oczywiście. Była absolutnie przekonana, że fakt iż udało mu się wyjść cało i zdrowo z przygody w Limbo, było przede wszystkim kwestią szczęścia, a nie jego umiejętności. Nie zmieniało to jednak tego, że dla niej był to jednorazowy popis i jeśli zapragnie mu się znowu przedzierać przez zasłonę między życiem a śmiercią, to już nigdy nie wróci.
Chociaż to nie tak, że akurat dla niej byłby to jakiś problem.
- Guwernantko? - zacmokała rozbawiona. - Jak chcesz to możemy przetransmutować potem coś w linijkę i cię nią uderzę po rękach za złe zachowanie. Czy po czymkolwiek byś tam chciał - rzuciła złośliwie. Ale miała nadzieję, że faktycznie posiadał na tyle samokontroli, żeby nie chlapnąć niczego niewłaściwego.
- Nie starasz się - rzuciła wręcz karcącym tonem. - Tego, że go kocham, nie żałowałam akurat nigdy. Nie ważne co zrobił - uśmiechnęła się do niego, trochę zadziornie. Teraz, kiedy te akurat karty były między nimi odkryte, wcześniejsza ostrożność co do jej własnych uczuć gdzieś się zapodziała. Ale Rosie zawsze była bezwstydna, jeśli chodziło o swoją miłość do Alexandra. Kochała go całą sobą i do żywego, a Louvain musiałby jej chyba przeorać całą głowę wzdłuż i wszerz, żeby wyłuskać z tego coś czym mógł ją obrazić.
- Urocze... - wyszeptała mu w odpowiedzi, na moment odwracając spojrzenie od ścieżki i wpatrując się w jego oczy. Nie musiał jej w ten sposób oszukiwać, bo doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że akurat zaufanie było ostatnią rzeczą, której można było się między nimi spodziewać. Między ich ciasno splecionym gniewem i jakąś wypaczoną fascynacją, nie było miejsca na tego typu sentymenty. Ale może musiał w tym momencie trochę pooszukiwać sam siebie, to by akurat była w stanie zrozumieć.
Pociągnęła go ścieżką w kierunku chatki, zdając się na zwykłą intuicję i wspomnienia matki, która prowadziła ją tutaj wcześniej na spotkanie z Szeptuchą, a kiedy wreszcie stanęli przed drzwiami chaty, spojrzała na Lestrange'a ostatni raz, jakby chcąc upewnić się że jest gotowy. A potem zapukała do drzwi.
Nie wiedziała czy był aż taki głupi, czy zdesperowany, a może powodowała nim jakaś trzecia, ukryta dla niej rzecz, która sprawiła że postanowił tak zwyczajnie się jej wystawić. Nie sądziła, by ich spotkanie przed paroma dniami jakkolwiek upewniło Louvaina w tym, że przy odpowiedniej okazji nie spróbuje zrobić czegoś głupiego, ale teraz zgłoszenie go na brygadę, wydawało się nieodpowiednie. Zgrzytało z ogólnym planem, którego nawet nie potrafiła sobie w głowie odpowiednio rozrysować, bo nigdy nie była w stanie nabrać do rzeczy odpowiedniej perspektywy, by myśleć długofalowo. Zawsze miała teraz intuicję.
A ta teraz walczyła z rozdrażnieniem, kiedy znowu nazwał ją Promyczkiem, na co wywróciła oczami.
Wątpiła w niego, oczywiście. Była absolutnie przekonana, że fakt iż udało mu się wyjść cało i zdrowo z przygody w Limbo, było przede wszystkim kwestią szczęścia, a nie jego umiejętności. Nie zmieniało to jednak tego, że dla niej był to jednorazowy popis i jeśli zapragnie mu się znowu przedzierać przez zasłonę między życiem a śmiercią, to już nigdy nie wróci.
Chociaż to nie tak, że akurat dla niej byłby to jakiś problem.
- Guwernantko? - zacmokała rozbawiona. - Jak chcesz to możemy przetransmutować potem coś w linijkę i cię nią uderzę po rękach za złe zachowanie. Czy po czymkolwiek byś tam chciał - rzuciła złośliwie. Ale miała nadzieję, że faktycznie posiadał na tyle samokontroli, żeby nie chlapnąć niczego niewłaściwego.
- Nie starasz się - rzuciła wręcz karcącym tonem. - Tego, że go kocham, nie żałowałam akurat nigdy. Nie ważne co zrobił - uśmiechnęła się do niego, trochę zadziornie. Teraz, kiedy te akurat karty były między nimi odkryte, wcześniejsza ostrożność co do jej własnych uczuć gdzieś się zapodziała. Ale Rosie zawsze była bezwstydna, jeśli chodziło o swoją miłość do Alexandra. Kochała go całą sobą i do żywego, a Louvain musiałby jej chyba przeorać całą głowę wzdłuż i wszerz, żeby wyłuskać z tego coś czym mógł ją obrazić.
- Urocze... - wyszeptała mu w odpowiedzi, na moment odwracając spojrzenie od ścieżki i wpatrując się w jego oczy. Nie musiał jej w ten sposób oszukiwać, bo doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że akurat zaufanie było ostatnią rzeczą, której można było się między nimi spodziewać. Między ich ciasno splecionym gniewem i jakąś wypaczoną fascynacją, nie było miejsca na tego typu sentymenty. Ale może musiał w tym momencie trochę pooszukiwać sam siebie, to by akurat była w stanie zrozumieć.
Pociągnęła go ścieżką w kierunku chatki, zdając się na zwykłą intuicję i wspomnienia matki, która prowadziła ją tutaj wcześniej na spotkanie z Szeptuchą, a kiedy wreszcie stanęli przed drzwiami chaty, spojrzała na Lestrange'a ostatni raz, jakby chcąc upewnić się że jest gotowy. A potem zapukała do drzwi.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror