22.04.2024, 23:19 ✶
Nie do końca rozumiała, o co było to całe poruszenie z żywymi trupami. Bo przecież jaki żywy trup jest, każdy widzi i jej zdaniem to nie było się czym aż tak przejmować, skoro już wiedziano o grasującym nieopodal niebezpieczeństwie. Ale potem sobie uświadomiła, że może miała odrobinę skrzywione do tego podejście, biorąc pod uwagę jak często widziała, jakie to rzeczy próbują wyjść z zabitych trumien w małym zakładzie pogrzebowym na Nokturnie.
Jej typową odpowiedzią było spal to, kiedy Lorraine przybiegała cała zaaferowana, że znowu coś, bo o wiele za często to właśnie nie był jakiś zbłąkany duch, którym mogłaby się zająć, a coś o wiele bardziej parszywego. Ale niestety, spalić nie można było ani zakładu na Nokturnie, ani tym bardziej otaczających Windermere krajobrazów, bo jeszcze ktoś by się mógł o to przyczepić, albo gorzej - pociągnąć ją do odpowiedzialności.
Czując na sobie wzrok Alexa, przeniosła na niego spojrzenie, odpowiadając mu ciepłym, niemal wesołym uśmiechem. Do tej pory patrzyła to na Morpheusa, z którym rozmawiał Muciber, którego ramię obejmowała i opierała w rozleniwieniu głowę, to na kuzynostwo, to rozglądała się dookoła, przeczesując nieco opustoszały ośrodek w którym ostali się chyba już sami czarodzieje.
Kiedy pierwszy raz zawiesiła spojrzenie na Longbottomie w Windermere, nie mogła otrząsnąć się z wrażenia, że jego pojawienie się zostało przepowiedziane. Myśl traktowała raczej żartobliwie, ale fakt faktem, parę dni temu, kiedy zameldowali się się w swoim domku, to właśnie Cesarz przyszedł do nich, jako odpowiedź na jedno z pytań.
- Astragaloi - rzuciła, uśmiechając się do Longbottoma wesoło, ani przez moment nie myśląc o tym, żeby jakkolwiek doprecyzować, że wcale to nie była wycieczka poślubna, bo niestety, ale jej niedoszły mąż to znalazł sobie zupełnie inną żonę i ta zabita dechami dziura została wybrana dlatego, że nikt się tutaj Loretty nie spodziewał. Kiedy jednak Leon postanowił spuścić bombę na całe towarzystwo, uskuteczniając gratulację, Ambrosia zachichotała.
Wciąż trzymała się Alexa i ten mógł poczuć, jak zaciska palce na jego ramieniu, wolną dłonią natomiast przysłaniając usta, bo zwyczajne, rozbawione parsknięcie zmieniło się w głupi chichot. Gdzieś w tym krótkim napadzie radości, udało jej się zerknąć na Millie, która chyba jako jedyna z całego towarzystwa mogła mieć pewność, że do ślubu to akurat było im całkiem daleko. Posłała kuzynce stanowcze spojrzenie, kręcąc przy tym lekko głową, żeby ani się ważyła teraz psuć cały ten cyrk, bo to było zbyt piękne.
- Dziękujemy, ale nie trzeba - zamachała wreszcie dłonią, spoglądając na Leona wciąż rozbawiona, absolutnie wciąż nie czując się w obowiązku, żeby cokolwiek tutaj wyjaśniać. W jakiś sposób za dobrze czuła się z tą plakietką. Z myślą, że byłaby żoną Alexandra, nawet jeśli w tym momencie była to tylko głupia mrzonka.
Ale potem jej spojrzenie nieco stwardniało i ściągnęła na moment usta, ewidentnie gryząc się w język. Rozumiemy, Leonie, jesteś egzorcystą z Ministerstwa, nie musisz mi wcierać swojego stanowiska w twarz. Bo przecież jakby nie patrzeć, to ona też tutaj była egzorcystką i znała się na tych rzeczach. Ale niech będzie - chciał to niech wiedzie prym, ona do tego ręki nie przyłoży, póki się kuzyn nie wywali na głupi ryj.
- Daj mi karty - powiedziała cicho do Alexandra, z łatwością wyłapując, że cała ta sytuacja mu nie odpowiadała. Był spięty i nie musiała patrzeć na niego czy go dotykać, żeby być tego świadomą. - Szkoda, że nie ma z nami tego aurowidza. Albo jakiegokolwiek innego - rzuciła, czekając aż Mulciber potasuje jej karty. Nie kwapiła się do wyciągania swoich, bo miała od tego ludzi, to po pierwsze, a po drugie - oboje nie widzieli problemu w dzieleniu swoich talii i dotykaniu ich. Po trzecie natomiast, na swoją własną była obrażona, bo jej z samego ranka wypluła odwróconą Szóstkę Denarów (za co ta konkretna karta trafiła do karnej talii) - Może te aury mają coś wspólnego z tym jak wygląda to miejsce? - zaproponowała, widząc jak Millie też błądzi spojrzeniem po otoczeniu. - Wszystko wygląda ładnie i świeżo - a nie dziko czy niewłaściwie, jak to podobno zaczęło się zdarzać niektórym roślinom wraz z nadejściem sierpnia. Spojrzała wreszcie do Axela, który podsunął w jej stronę talię, z której wyciągnęła jedną z kart, idąc w ślad za resztą towarzystwa.
Jej typową odpowiedzią było spal to, kiedy Lorraine przybiegała cała zaaferowana, że znowu coś, bo o wiele za często to właśnie nie był jakiś zbłąkany duch, którym mogłaby się zająć, a coś o wiele bardziej parszywego. Ale niestety, spalić nie można było ani zakładu na Nokturnie, ani tym bardziej otaczających Windermere krajobrazów, bo jeszcze ktoś by się mógł o to przyczepić, albo gorzej - pociągnąć ją do odpowiedzialności.
Czując na sobie wzrok Alexa, przeniosła na niego spojrzenie, odpowiadając mu ciepłym, niemal wesołym uśmiechem. Do tej pory patrzyła to na Morpheusa, z którym rozmawiał Muciber, którego ramię obejmowała i opierała w rozleniwieniu głowę, to na kuzynostwo, to rozglądała się dookoła, przeczesując nieco opustoszały ośrodek w którym ostali się chyba już sami czarodzieje.
Kiedy pierwszy raz zawiesiła spojrzenie na Longbottomie w Windermere, nie mogła otrząsnąć się z wrażenia, że jego pojawienie się zostało przepowiedziane. Myśl traktowała raczej żartobliwie, ale fakt faktem, parę dni temu, kiedy zameldowali się się w swoim domku, to właśnie Cesarz przyszedł do nich, jako odpowiedź na jedno z pytań.
- Astragaloi - rzuciła, uśmiechając się do Longbottoma wesoło, ani przez moment nie myśląc o tym, żeby jakkolwiek doprecyzować, że wcale to nie była wycieczka poślubna, bo niestety, ale jej niedoszły mąż to znalazł sobie zupełnie inną żonę i ta zabita dechami dziura została wybrana dlatego, że nikt się tutaj Loretty nie spodziewał. Kiedy jednak Leon postanowił spuścić bombę na całe towarzystwo, uskuteczniając gratulację, Ambrosia zachichotała.
Wciąż trzymała się Alexa i ten mógł poczuć, jak zaciska palce na jego ramieniu, wolną dłonią natomiast przysłaniając usta, bo zwyczajne, rozbawione parsknięcie zmieniło się w głupi chichot. Gdzieś w tym krótkim napadzie radości, udało jej się zerknąć na Millie, która chyba jako jedyna z całego towarzystwa mogła mieć pewność, że do ślubu to akurat było im całkiem daleko. Posłała kuzynce stanowcze spojrzenie, kręcąc przy tym lekko głową, żeby ani się ważyła teraz psuć cały ten cyrk, bo to było zbyt piękne.
- Dziękujemy, ale nie trzeba - zamachała wreszcie dłonią, spoglądając na Leona wciąż rozbawiona, absolutnie wciąż nie czując się w obowiązku, żeby cokolwiek tutaj wyjaśniać. W jakiś sposób za dobrze czuła się z tą plakietką. Z myślą, że byłaby żoną Alexandra, nawet jeśli w tym momencie była to tylko głupia mrzonka.
Ale potem jej spojrzenie nieco stwardniało i ściągnęła na moment usta, ewidentnie gryząc się w język. Rozumiemy, Leonie, jesteś egzorcystą z Ministerstwa, nie musisz mi wcierać swojego stanowiska w twarz. Bo przecież jakby nie patrzeć, to ona też tutaj była egzorcystką i znała się na tych rzeczach. Ale niech będzie - chciał to niech wiedzie prym, ona do tego ręki nie przyłoży, póki się kuzyn nie wywali na głupi ryj.
- Daj mi karty - powiedziała cicho do Alexandra, z łatwością wyłapując, że cała ta sytuacja mu nie odpowiadała. Był spięty i nie musiała patrzeć na niego czy go dotykać, żeby być tego świadomą. - Szkoda, że nie ma z nami tego aurowidza. Albo jakiegokolwiek innego - rzuciła, czekając aż Mulciber potasuje jej karty. Nie kwapiła się do wyciągania swoich, bo miała od tego ludzi, to po pierwsze, a po drugie - oboje nie widzieli problemu w dzieleniu swoich talii i dotykaniu ich. Po trzecie natomiast, na swoją własną była obrażona, bo jej z samego ranka wypluła odwróconą Szóstkę Denarów (za co ta konkretna karta trafiła do karnej talii) - Może te aury mają coś wspólnego z tym jak wygląda to miejsce? - zaproponowała, widząc jak Millie też błądzi spojrzeniem po otoczeniu. - Wszystko wygląda ładnie i świeżo - a nie dziko czy niewłaściwie, jak to podobno zaczęło się zdarzać niektórym roślinom wraz z nadejściem sierpnia. Spojrzała wreszcie do Axela, który podsunął w jej stronę talię, z której wyciągnęła jedną z kart, idąc w ślad za resztą towarzystwa.
Rzut na kartę tarota i jej pozycję (1: prosta, 2: odwrócona)
Rzut Tarot 1d78 - 24
As Denarów
As Denarów
Rzut 1d2 - 2
she was a gentle
sort of horror
sort of horror